Najnowsze posty

Byliśmy świadkami powrotu karczemnej wrzawy na ławy sejmowe, na szczęście zdominowało to tylko jeden z dni w prasie. Jedną z głośniejszych spraw był książkowy event kulturowy, który doskonale wpisuje się w tego tygodniową tonację bloga, przy okazji odrobina medycyny i nie tylko. Zapraszam na prasówkę!

Paracetamol szkodzi

Jeśli kogoś zaskoczy fakt, że branie zbyt dużych dawek leków jest szkodliwe dla organizmu, to będę głęboko tym zmartwiony. Nie od dziś wiadomo, że regularne przyjmowanie 2,5 grama leków z paracetamolem znacznie skraca nam życie (nawet, gdy mowa tu o krótkich, acz regularnych okresach przyjmowania). Wielu ludzi zapomina, że czas działania tego środka wynosi 6 godzin, a mieszanie różnorakich leków zawierających go również może zakończyć się nieprzyjemnie. Co więc nowego? Okazuje się, że przytępia on nasze emocje i obniża poziom empatii. Innymi słowy z powodu nierozumienia emocji odczuwanych przez innych o wiele łatwiej prowokujemy kłótnie, poza tym sam w sobie ten fakt jest dość niewygodny dla naszego układu nerwowego. Wiecie, że w takim razie po paracetamolu możecie się poczuć psychopatą w ułamku o wiele znaczniejszym, niż zwykle?

Nadużywanie autorytetu

Profesor Łukasz Święcicki wywołał niemałe zamieszanie udzielając swojego autorytetu, jako psychiatra, w ramach walki politycznej. Postawił on diagnozę zbiorową zwolennikom, jak i członkom, opozycji, przyznając przy tym, że tak właściwie to nawet ich nie badał. Psychiatra, podobnie jak i psycholog, jest specjalistą skupiającym się na przypadku indywidualnym, nie zbiorowym. Ma on obowiązek leczyć i akceptować niezależnie od światopoglądu. Stawianie takiej diagnozy ogromnej grupie społecznej i narzucanie innym swojej perspektywy w ten sposób jest niemoralne. Mam nadzieję, że pan profesor pożegna się z zawodem z powodu nadużycia zaufania społecznego swej profesji.  Żeby było jasne - ma on prawo wyrażać swoje poglądy, natomiast nie ma prawa wykorzystywać on języka jak i autorytetu psychiatrii w ramach ich forsowania, tak jak w tym przypadku. 

Powieść na mieście!

Jedenastego maja w Warszawie miała miejsce najciekawsza premiera literacka, o której jak dotąd miałem okazję słyszeć. Z góry uprzedzam, że sama powieść "Cień Eunucha" autorstwa Jaume Cabrégo trafiła do druku i od 18 maja można zakupić ją w księgarniach. A na czym polega wyjątkowość jej premiery? W ramach akcji "czytam dalej" to 500-stronicowe dzieło umieszczono na plakatach, bilbordach, kubkach w kawiarniach, bibliotecznych podłogach, ścianach. Chcąc przeczytać całą powieść trzeba odbyć podróż po kilkuset miejscach w Warszawie, przyjemne połączone z pożytecznym, aktywność intelektualna z minimum aktywności fizycznej. Mam nadzieję, że ujrzymy więcej akcji tego typu, imponują mi swa oryginalnością, a przy okazji świetnie promują czytelnictwo.. Nigdzie nie zauważyłem informacji, aby możliwość odbycia tej podróży literackiej była ograniczona czasowo, tak więc - stolica zaprasza!

Karczemna b(p)ijatyka

Źródło: radiozet.pl
News bliźniaczy do zeszłotygodniowego. W sejmie wrzawa, jedni skaczą do gardeł drugim, padają wzajemne oskarżenia. Niestety dzisiejsza bolączka polega na wykorzystywaniu populizmów i ataku na instytucje międzynarodowe, zagraniczne, w ramach utrzymania rzekomo traconej suwerenności. Wiecie, zrobienie porządku z korporacjami, które drenują naszą ekonomię z ogromnych pieniędzy, faktycznie można by nazwać w ten sposób, ale atakowanie (wspierającej nas nieraz) międzypaństwowej współpracy... Ach, szkoda słów! A język używany przez wszystkie strony jest godny potępienia i przyrównania do walki karczemnych opojów. To ma być elita narodu? Takie ośmieszanie kraju powinno być karalne i dla rządu i dla opozycji, bez wyjątków. Igrzyska zamiast dbania o gospodarkę i obywateli, tylko, że chleba zaraz zabraknie (autor nawiązuje do "Chleba i igrzysk!")

Telewizja kontra YouTube

Stała się rzecz, której wyczekiwałem od dawna, czyli polska "topka" internetowej śmietanki została wzięta pod telewizyjną lupę. Niestety, wywołało to tylko festiwal nienawiści, który skłonił TVN do usunięcia z sieci dobrego (skądinąd) materiału ze względu na dobro specjalistów pojawiających się w materiale i ich rodzin. Pokazano brak kultury, beznamiętny festiwal nienawiści i nieświadomość "najsławniejszych" (a nie, wbrew opinii niektórych, jedną z dram. Ona nie była ani tematem ani tezą tego materiału!). Nieświadomość ich wpływu na najmłodszych widzów, którzy stanowią lwią część ich widowni. Zwyzywać kogoś publicznie i skazać na ostracyzm? Tak, to tylko żart! Śmiechu warte. Chyba bardziej zbulwersował mnie jednak fakt, że niektórzy polscy twórcy YouTube wzięli w obronę panów wulgarnych i niestosownych twierdząc, że jedynie trafili w ogromną niszczę, która zaistniała z powodu patologii rodziców. Nie, oni tę niszę kreowali, a rodzic w okresie buntu dziecka tylko uporem może dać odwrotny przykład. Poza tym liczby idą tutaj w miliony, to wręcz niestosowne rzucać tak obraźliwymi stwierdzeniami na wyrost i kwestionować uzasadnione opinie psychologów specjalizujących się w mediach tego typu. Szkoda, że z powodu kultu idola wywołało to głównie negatywną reakcję "fanów" panów zaatakowanych. Jeśli kogoś interesują szczegóły - zapraszam do działu "Kontakt", z chęcią podeślę więcej materiałów na ten temat.

Podsumowanie!

Pewien złośliwy psychiatra porozwieszał na mieście opakowania z paracetamolem, którym naćpali się bogu winni twórcy YouTube. W efekcie ruszyli oni na sejm, gdzie doszło do "Pierwszej bitwy pod wiejską", którą zakończył festiwal pędzenia samogonu. Wszyscy żyli długo i szczęśliwie, a kultura wreszcie wróciła na salony, "kurwom" w dyskusji nie było końca.


Źródło: blog.bufferapp.com
Żyjemy w wieku pozbawionym twardych autorytetów. Objawy tego stanu są smutne i niezwykle widoczne, gdy pytamy młodych o ich "idoli życiowych". O kim usłyszymy w Polsce? "Za moich czasów" niczym formułę recytowano Jana Pawła II, Jurka Owsiaka, Józefa Piłsudskiego, a okazyjnie trafiała się jakaś inna postać, czasem podawano rodziców, bliskich. Ile było w tym jednak prawdy? Milczenie lub dukane z trudnością ogólniki na temat cech charakteru owych postaci rozwiewały wątpliwości i odpowiadały - niewiele. Powracamy tu, tak na dobrą sprawę, do kwestii cierpkiego określenia jakim staje się "Pokolenie Y". Dorwała nas przepaść cywilizacyjna, zgubiliśmy się, a pustka zieje, zieje i pcha ku radykalizacji oraz jeszcze głębszego limbo. Autorytet zastąpiony został przez idola. 

Sekret klucza odpowiedzi tkwi jednak w rozróżnieniu padających tu pojęć - kim jest idol, a kim jest autorytet? Niektórzy traktują ich definicje zamiennie, szczególnie w dzisiejszych czasach, co kultywuje problemowi i jest potwornym błędem. Idol to osoba będąca obiektem szczególnego podziwu, nieraz graniczącego z sakralnym, czyli wręcz ubóstwiana. Definicja bierze się z genezy tego słowa, które dawniej oznaczało wyobrażenie istoty bóstwa przez czczący go kult. Autorytet jest natomiast jednostką obdarzoną niezwykłym szacunkiem, często w obrębie jakiejś grupy, i uznawana za wzór do naśladowania. Duża różnica, nieprawdaż? Drugie z pojęć, niezwykle ważne, a tak mało wyraziste wobec idola w dzisiejszym świecie, idola który doskonale zapełnia zastałą "pustkę". Fakt, Józef Piłsudski może być świetnym autorytetem, ale czy w XXI wieku ma szansę stać się również idolem? Szczególnie, że druga grupa została zarezerwowana dla gwiazd i twórców YouTube. Niestety, im często brakuje kompetencji do kreowania "misji społecznej" i świecenia wzorcem, nie to się dla nich liczy.

W przypadku autorytetu nie mówimy o pogoni za sławą czy pieniędzmi, co nie wyklucza z tej grupy rekinów biznesu. Ludzie ci zostają wzorcami poprzez swoją postawę życiową, decyzje i osiągnięcia, reprezentując swym żywotem coś wartego naśladowania. Nieraz zostają arcymistrzami w swojej dziedzinie, niczym profesor Jan Miodek, którego poloniści dzień w dzień potrafią zalewać stertą listów z pytaniami natury językowej. 

Współczesny idol buduje swój "kult" widząc w tym sposób na zgarnięcie większych zysków ze swojej działalności. Liczy się kontrowersja, a nie przekazanie treści, liczy się rozgłos i oglądalność. Pieniądze muszą się zgadzać, a to, że przy okazji zaszkodzi się sporej grupie ludzi nie ma znaczenia do momentu, w którym pozostaje na szczycie. Niewiele w tym kultury czy wiedzy, a stanowiska w dyskusji nieraz zawiera w celu zaskarbienia sobie sympatii grupy bardziej koniunkturalnej, większej. Niewiele w tym osiągów przeszłości i proludzkiej postawy, więcej natomiast egoizmu w ramach "tu" i "teraz". Oczywiście wciąż istnieją chlubne jednostki, które balansują na cieniutkiej granicy i dbając o rzetelność - niestety mowa tu o mniejszości. Mniejszości niezwykle marginalnej w Polsce.

Spotkałem wielu pedagogów, którzy potrafili postawić idola na równi z autorytetem jako wygodny zamiennik pojęciowy. Moim zdaniem obie te "instytucje" (idol i autorytet) wymagają głębokich reform pojęciowych, które pochłoną lata pracy u podstaw, jeśli chcemy dowiedzieć się, w którym kierunku wieje wiatr zmian. Choć, może wbrew prognozom i panice psychologów, przyniesie on coś dobrego? Na dzień dzisiejszy jednak powinniśmy umieć rozróżnić te dwa byty i ostrożnie podchodzić do traktowania ich jako synonimów.

Wielkimi krokami zbliża się pokolenie narcyzów, którzy "hejt" będą w stanie wynieść poza internet. W końcu tego się nie sankcjonuje, to normalne i powszechne, tak w ślad za idolami. Oni mogą, to ja nie mogę?
Źródło: ehioe.deviantart.com

Paul spokojnie doglądał wyposażenia w sali operacyjnej. Skalpele wyczyszczone i powieszone na ścianie razem z innymi narzędziami, stoły nakryte i w każdej chwili gotowe do użytku. Najbliższe godziny zapowiadały się dość spokojnie, jednakże wiedział, że wkrótce czeka go piekło. Problemy zaczynały się od niedostatków w zaopatrzeniu medycznym, a kończyły na nielicznym personelu. Raptem dwudziestu chłopa, wliczając jego osobę, na garnizon liczący tysiąc osób. A walka ich nie ominie, tego był pewien każdy, kto choć minimalnie zdawał sobie sprawę z kluczowego znaczenia przełęczy Kilgraff Medyk potrząsnął głową po czym podszedł do ściany zauważając braki wśród narzędzi. Trzy skalpele chirurgiczne gdzieś zniknęły, a przynajmniej nie znajdowały się na swoim prawowitym miejscu. Będzie musiał powiedzieć Joachimowi, aby...
- Sir? Sierżant Carl wzywa do siebie w trybie natychmiastowym.
Zamyślony nawet nie zauważył, gdy w drzwiach do sali zjawił się żołnierz. 
- Zaraz się stawię. Odmaszerować, żołnierzu.

Posłaniec zasalutował po czym odwrócił się na pięcie i ruszył w swoją stronę. Medyk założył ręce za plecami i powolnym krokiem udał się w stronę kwatery dowodzenia. Twierdza zdążyła już nabrać barw, a on powoli przyzwyczajał się do smrodu wszechobecnych, potrzaskujących cicho pochodni. Nadal nie mógł zrozumieć  jak przetrwała ta stara moda mimo posiadania przez nich prostych lamp naftowych, tak praktycznej i niedrogiej w produkcji alternatywy. W końcu jednak dotarł do kwatery Carla zastając go ślęczącego nad starą mapą twierdzy.
- Wzywałeś?
Sierżant zerwał się żywo.
- Jak bardzo przepierdolone mamy w przypadku walki? Mów bez ogródek.
- Przyjmiemy stu rannych, resztę z góry można kwalifikować jako martwych.
- Kurwa mać! - sierżant z iskierkami furii w oczach uderzył pięścią w stół, zostawiając na nim ledwo widoczną, krwawą plamę. Paul pokręcił głową.
- Zły przykład, komendancie, zły przykład. Morale jeszcze nie takie złe...
- Nie będzie mnie pouczał pieprzony doktorek! - odwarknął, wyraźnie zirytowany.
- Zastrzyk czy ziółka, przyjacielu? - medyk uśmiechnął się lekko, wciąż niezbyt poruszony sytuacją.
- Dość. Nie sprowadziłem cię tu w celu wysłuchiwania obelg po starej znajomości. Wiem JAK radzić sobie z podkomendnymi.
- Ściany mają uszy, Carl, zawsze o tym zapominasz. Cała odpowiedzialność na TWOJEJ głowie... Jak nie po to to po co, jednakoż?
- Nie zapominam o tym kurewskim obowiązku, o to się nie zamartwiaj, doktorku. Po co? Ku twojej radości musimy przenieść szpital do piwnic. Wiem, nie musisz mi dziękować, a zanim zadasz jakiekolwiek idiotyczne pytanie to podejdź do mapy i sam wydedukuj.
Paul przygryzł wargę powstrzymując cisnące mu się na usta przekleństwo. Kolejny tydzień zmarnowany, a wojna przyjdzie do nich lada dzień. Ciężkim krokiem, nieukrywającym zmęczenia, podszedł do stołu i nachylił się nad mapą. Punkt medyczny był z pozoru ulokowany w znośnym miejscu, patrząc przynajmniej z perspektywy zawiłych korytarzy, jednakże...
- ...wystarczy zdetonować tę ścianę i zakładając, że to przeżyjemy, to wyrżnięcie rannych razem z personelem nie będzie stanowiło zwykłą formalność. Winszuję kwatermistrzowi za pomyślunek prac w kwestii rozlokowała pomieszczeń.
- Dziękuję za docenienie mojej pracy, ale do kwatermistrza jeszcze mi daleko. - Carl zmarszczył brwi i zacisnął przy tym pięści.
- Do tematu ziółek wrócimy na poważnie po przeprowadzce. Raptem tydzień dowodzenia w tak znamienitej fortecy, a ty taki nerwowy, ay, ay! - dobry humor nie odpuszczał Paulowi pomimo napiętej atmosfery. Praca medyka polowego nauczyła go trzymania nerwów na wodzy. Sierżant już miał rozpocząć reprymendę, zapewne soczystą za sprawą najzmyślniejszych wulgaryzmów, wtedy jednak do pomieszczenia nagle wbiegł żołnierz.
- Sir.... Piwnica... - wycedził zdyszany, a na jego zalanej potem twarzy malowało się przerażenie – Sabotaż... Medyka do piwnicy, natychmiast! - wrzasnął jeszcze mniej opanowany, gdy dostrzegł Ryttersina obecnego w pomieszczeniu. Carl i Paul skinęli po sobie porozumiewawczo po czym wybiegli z pomieszczenia kierując się ku piwnicom. Przed zejściem na dół nie zastali warty, co samo w sobie było podejrzane.
- Powinniśmy wezwać posi... Paul!
Lekarz po prostu go zignorował zbiegając na dół. Mało brakowało, a wywrócił by się po drodze, gdy do jego nozdrzy dotarł swą krwi. Koniec schodów, ostry skręt w lewo i... Chlupot. Widział już wiele w swoim życiu, ale ten widok był szokujący nawet dla niego.
- O... Kurwa... - usłyszał łamiący się głos Carla za swoimi plecami.
Korytarz wysmarowany był ludzką krwią, a pośród niej dało się dostrzec leżące na ziemi organy i kończyny. Nerka, coś przypominającego kształtem serce, odcięta dłoń, genitalia. Po chwili szoku dostrzegł ginące w półmroku ciało, które znajdowało się na końcu tej krwawej łaźni. Otrząsając się z szoku postanowił przebiec przez kałuże krwi, jeśli jest minimum szansy, że organy nie należą do tego człowieka... Zwłoki żołnierza w kolczudze, serce wycięte z chirurgiczną precyzją, ciało niemalże wysuszone, choć martwe od co najwyżej godziny. Dalej jednak było tylko gorzej. W mroku korytarzy dostrzegł kolejne ciało... Następne... I kolejne... Pięciu martwych żołnierzy i dziewiętnastu medyków. Wieść prędko gruchnęła po twierdzy, jeszcze tego samego wieczoru musieli przygotować pogrzeb, zbadać miejsce zbrodni, a następnie je oczyścić. 
Ilustracja do powieści "Mistrz i Małgorzata"
Każdy posiada książki, które odcisnęły na nim swoje piętno. Specyficzne, a jakże piękne i apetyczne. Myślę, że w większości przypadków za nic nie pozwolilibyśmy na odebranie nam doświadczeń i przeżyć związanych z naszymi ukochanymi powieściami czy traktatami, choć mowa tu pozornie "jedynie" o literaturze. Tak naprawdę stawka toczy się o rządy dusz, o to co nas kształtuje i lepi, czyni nasze kamienne, niewzruszone ciało lepką gliną gotową do czegoś więcej aniżeli topornego rzeźbienia. Dziś będę zwracał się niezwykle osobiście i bezpośrednio, wpuszczę Was do świata dla mnie niezwykle intymnego - świata mych ukochanych ksiąg i autorów, niedoścignionych wzorców, nieskończonych inspiracji. 

Kiedy byłem młodym chłopcem uwielbiałem czytać zbiory bajek, mitów i legend. Niestety nie pamiętam z tego okresu zbyt wielu konkretów, poza informacjami względnie przydatnymi w kontekście kultury greckiej czy kilkoma anegdotkami, jednakże skutecznie rozbudziło to mój apetyt. Do tego stopnia, że w okolicach trzeciej klasy szkoły podstawowej sięgnąłem po książkę J.R.R. Tolkiena zatytułowaną "Hobbit, czyli tam i z powrotem". Wkroczyłem do świata fantastyki, aby pozostać w nim na długie lada. Następnie przyszedł czas na trylogię "Władca Pierścieni", "Dzieci Hurina" a wszystko to domknąłem "Silmarillionem". Oczywiście nie na tym kończyły się moje zainteresowania literackie w tamtym okresie, po prostu nic innego nie zapadło mi w pamięć aż tak mocno ani nie miało na mnie aż tak silnego wpływu. Tolkien był perfekcjonistą, który pracował nad każdym szczegółem kreowanego przez siebie świata. Stworzone przez niego conlangi* do dziś uchodzą za genialne, a zasługi tego językoznawcy pozostają niezapomniane i w tej materii. Prawdopodobnie jest on też twórcą mojej największej wady - wybredności. Nigdy nie odrzucam rozpoczętych książek na bok, jednakże każdy błąd, niedopracowanie, całościowe dziury w świecie/fabule rzucają mi się w oczy i bolą niezwykle. Między innymi dlatego nie miałem serca do serii o "Harrym Potterze", gdy postanowiłem się do niego zabrać w okolicach tamtych lat. 

Przyszedł czas szóstej klasy szkoły podstawowej, a razem z nim pojawił się w moim życiu dorobek Andrzeja Sapkowskiego. Saga wiedźmińska to ciekawy koncept wykorzystujący kulturę słowiańską, niestety niedopracowany, bez odpowiedniego szlifu i, moim zdaniem, trochę zmarnowany patrząc na potencjał. Trylogia husycka została napisana o niebo lepiej pod kątem stylizacji, wciąż jednak pozostawiając sporo do życzenia. Nie odmówię jednak Sapkowskiemu faktu wprowadzenia mnie w klimaty tak zwanego "dark fantasy", które do dziś pozostaje moim ukochanym podgatunkiem. Mroczny, brutalny świat bez podziału na dobro i zło. Świat, w którym jesteś w stanie ujrzeć odbicie codzienności, świat, w którym człowiek zdaje się być gorszy od potwora. A teraz zadajcie sobie pytanie na temat mojej ulubionej powieści i uwzględnijcie odpowiedź na nie w komentarzu.




Już w gimnazjum poznałem kunszt Jacka Dukaja. Ostatnimi czasy spotkałem się z zabawną opinią, jakoby w księgarniach powinna pojawić się plakietka "Ostatni, polski i wciąż żyjący powieściopisarz" a pod nią same książki Jacka Dukaja. Zgadzam się z tym, oczywiście z pewną dozą humoru, bo nie mam zamiaru krzywdzić w ten sposób chociażby Jacka Dehnela. Dukaj był miłością od pierwszego wejrzenia - genialna stylizacja godna arcymistrza, niebanalny język jak i idee, schemat "bohatera dukajowskiego" - zagubionego w świecie inteligenta. Mowa tu o człowieku, który pisząc "Perfekcyjną Niedoskonałość" zagłębił się w arkana fizyki, wykonywał specjalistyczne obliczenia i korzystał ze wszystkich dostępnych nam prognoz na temat rozwoju cywilizacji ludzkiej. Niestety przerwał pisanie tej trylogii w oczekiwaniu na wyklarowanie się kilku teorii w świecie fizyki. Jak tu nie kochać tego diabła, który dba o każdy szczegół? Większość jego książek to małe arcydzieła, które w pełni zaspokajają wymagania mojego gustu, do których uwielbiam wracać, nad którymi zachwycę się jeszcze nieraz. 


Zadane przeze mnie wcześniej pytanie nie należało, wbrew pozorom, do ciężkich ani ambitnych. Sześć lat temu zakochałem się w powieści Michaiła Bułhakowa, w "Mistrzu i Małgorzacie". Motyw powieści w powieści, stalinowska rzeczywistość w krzywym zwierciadle, znikające persony, piękna miłość z powodu "najbrzydszych kwiatów na świecie", bal czarownic i organizujący go w Moskwie diabeł wraz ze swą świtą. Diabeł, który wydaje się postacią pozytywną, a wręcz sympatyczną w porównaniu mieszkańców stolicy ówczesnego Związku Radzieckiego. Nie bez powodu autor wylądował na cenzurowanym, a piękno jego arcydzieła odkryto dopiero po dziesiątkach lat. Przynajmniej raz w roku powracam do "Mistrza i Małgorzaty" i zawsze odkrywam wtedy coś nowego, coś nad czym warto się pochylić, dostrzegam kolejny fragment głębi niesionej przez tekst, a poza tym najzwyczajniej delektuję się jej pięknem. Bo jest to jedna z najpiękniejszych powieści, które miałem okazję w życiu czytać. O dziwo dzielę ten zachwyt z ogromną częścią rodaków, co jest kolejnym atutem tego dzieła. Jest w stanie trafić praktycznie do każdego. 

Czy taki diabeł straszny?

Wbrew pozorom nie czytuję samych dzieł ciężkich i ambitnych. Z grzeczności pominąłem traktaty ekonomiczne, które ostatnimi laty piętrzą się na moich półkach, jednakowo odpuściłem całym górom literatury historycznej, choć nieustannie ją pochłaniam. Czasem, tak jak każdy, sięgam po coś lekkiego, mało ambitnego, w ramach relaksu. Pobudzam wyobraźnię, jednakże nie jestem zmuszony do intensywnego myślenia. Czysta przyjemność. Na samym końcu notatki umieszczę galerię książek, które moim zdaniem warto przeczytać czy to dla rozwoju czy dla chęci odetchnięcia od rzeczywistości. A kończąc dodam jeszcze, że aktualnie poczytuję powieści s-f z uniwersum Honorverse, które tworzy David Webber. Całkiem dopracowane w kwestiach militarnych, poza tym dość lekkie i poczytne, dlatego wybaczam autorowi resztę popełnianych przez niego grzechów. 

Funfact - wszelakie zdjęcia książek w tej notatce przedstawiają posiadane przeze mnie wydania. 












*conlang - sztuczny, lecz w pełni funkcjonalny język, jego artystyczną wersją jest chociażby język tolkienowskich elfów, który można w pełni opanować.
Źródło: puketeschoollibrary.com
Tematyka moim zdaniem niewygodna i perfidna, czyli spadające na łeb na szyję czytelnictwo w naszym kraju. Co wywołuje taką tendencję? Czy tyczy się to również blogosfery i prasy? A może to po prostu smutna era upadających bibliotek i chowanych po kątach ebooków? Na usta ciśnie mi się masa odpowiedzi zbyt optymistycznych, sprzecznych z rzeczywistością, dlatego nie przedłużajmy. Czas rozpocząć rozważania, czas poszukać odpowiedzi.



Liczby mówią za siebie

Wedle najnowszych badań przeprowadzonych przez Bibliotekę Narodową zaledwie 37% Polaków przeczytało w 2015 roku przynajmniej jedną książkę. Jest to przerażająca wiadomość, która skrywa za sobą informację o 20 milionach naszych rodaków, którzy nie tknęli w ubiegłym roku ani jednego dzieła literackiego. Co gorsza silnie koreluje to z kwestią chociażby prasy - ktoś, kto nie czyta książek nie sięga również po publicystykę tego typu. 

Jak wypadamy na tle Europy? Najzwyczajniej w świecie kiepsko. W państwach Europy Zachodniej próg czytelnictwa regularnie przekracza 50%, a w przypadku jednego z naszych sąsiadów, Czech, normą jest nawet próg 80%. Imponujące, nieprawdaż? Być może zamiłowanie literackie również wspiera słynny, narodowy dystans Czechów do świata oraz idący za nim czeski humor.  

Aż 18% populacji naszego kraju przyznaje, że nigdy nie sięgnęło po ani jedną książkę. Z jednej strony traktuję to jako wynik zatrważający, choć z drugiej strony "pocieszający" względem statystyki dotyczącej czytelnictwa corocznego. Co jednak z resztą? Ponad 50% ankietowanych przyznaje, że książki budziły ich zainteresowanie jedynie w trakcie edukacji, choć zainteresowanie może być tutaj złym słowem. Sięgali po nie z konieczności, tylko po to, aby następnie odrzucić je do lamusa, nieraz uznając literaturę za "stratę czasu"

Skąd jednak cały ten problem?

Z samych badań nasuwa się jeden wniosek - zazwyczaj to czytelnicy wychowują czytelników. Nie bez znaczenia pozostają również wzorce ukazywane nam przez media i kulturę masową. Przez Polskę w ostatnich wiekach przetoczyła się niejedna zawierucha, nie oszczędzając przy tym księgozbiorów, wśród wielu rodzin wykorzeniając w ten sposób nawyk czytelnictwa. Domowe biblioteczki przekazywane z dziada pradziada przepadły, a obraz "dziadka z księgozbiorem" zniknął z mentalności społecznej. Została po nim tylko biała plama.

Doświadczenie PRL-u również zrobiło swoje, często oferując marnej jakości "literaturę piękną", która nasączona socrealizmem i propagandą dla wielu stała się po prostu odrzucająca. Pokolenia czytelników wymierają i ustępują miejsca tym, wśród których ich ziarno nie obrodziło aż tak licznie. Na ironię mamy o wiele większe możliwości w tej materii (łatwiejszy dostęp do książek) aniżeli nasi przodkowie, którzy z reguły z przyjemnością zanurzali się w lekturze. 

Pochylmy się jeszcze nad nieszczęsnym zjawiskiem zwanym "mass media" i zadajmy sobie kilka pytań na jego temat. Jacy bohaterowie serialów czytają książki? Jak często ten motyw przeplata się w kinematografii czy w radiu? Czy widać, chociażby ukrytą, reklamę nawyków literackich w dziełach masowych? Na to odpowiedzcie sobie już sam. 

Miłość do książek zaszczepiła we mnie rodzina - zaczynając od mamy,  a na kuzynostwie kończąc. Myślę, że nieustannie rosnące zbiory literatury pięknej (i nie tylko) w naszych domach to powód do dumy. Mowa tu o czymś więcej niż o dziełach świeżo wydrukowanych i sprowadzonych z księgarni, oszczędzając da się wyłowić prawdziwe perełki również w antykwariatach. Chyba, że to tylko moje szczęście do świetnie wyposażonych łódzkich placówek tego typu, a w taką wersję po prostu nie uwierzę. 

W mojej wyobraźni jeden z kluczowych motywów stanowi ogromna biblioteka z wielometrowymi regałami pnącymi się w górę i ginącymi w ciemności. Panuje w niej półmrok, a ciszę przerywa jedynie szelest papieru do spółki z cichym potrzaskiwaniem żarówek. W powietrzu unosi się zapach starych, wiekowych ksiąg, a cała wiedza jest na wyciągnięcie ręki. Pozostaje ją tylko złapać i przyswoić... 


Źródło: beantowncoffeewoodstock.wordpress.com
Poniedziałkowy poranek wielu z chęcią rozpoczyna filiżanką bądź kubkiem mocnej, aromatycznej kawy. Potrzebujemy orzeźwienia oraz pobudzenia aby móc skutecznie stawiać czoła przeciwieństwom dnia powszedniego, dlatego właśnie "mała czarna" prędko ląduje na półce ulubienic studentów, ludzi pracujących, ba! Niemalże każdego. Bo gdzie można się przejść po pracy ze znajomymi, jeśli nie chcemy bądź nie lubimy pić alkoholu? Wtedy właśnie pada na kawiarnię i kolejna porcja kofeiny wkrótce ląduje w naszych trzewiach. 

Jednakże jak z wpływem tego specyfiku na ludzki organizm? Istnieją na świecie dwa nurty poglądów naukowych, które wypuszczają sprzeczne wobec siebie wyniki badań, zwracając przy tym uwagę na kompletnie różne czynniki. W dużym skrócie mówiąc - w USA przeważnie mówi się, że kawy pijemy za mało, natomiast w Europie naukowcy uwydatniają raczej szkody, które kawa potrafi poczynić w organizmie. 

Zacznijmy od mrocznej strony naszego ukochanego specyfiku tak, abyśmy mogli zakończyć czytanie w dobrym nastroju. Po pierwsze kawa jest specyfikiem silnie uzależniającym, więc jeśli już się rozsmakujesz to łatwo jej nie odrzucisz. Przy okazji wymywa ona z organizmu minerały takie jak wapń oraz potas, których niedobór w najlepszym przypadku kończy się częstymi skurczami, a może powodować również bezsenność, psucie się zębów, łamliwość kości czy częste krwotoki z nosa. Nadużywanie kawy sprawia również, że stajemy się bardziej nerwowi oraz podatni na stres. Mowa tu o konsekwencjach pojawiających się przy piciu ponad 500 mg dziennie co odpowiada mniej więcej wypiciu 4 filiżanek kawy po 200 mililitrów. 

Picie 4 filiżanek czarnej kawy dziennie powinno mieć więc pozytywny oddźwięk na naszym organizmie. Niestety badania przeprowadzone przez naukowców z "Mayo Clinic Proceedings" wykazują, że u osób poniżej 55 roku życia, które wypijają właśnie około 500 mg dziennie, występuje tendencja do przedwczesnych zgonów. 

Co jednak z pozytywnym aspektem picia "małej czarnej"? Zawiera ona przeciwutleniacze, które prowadzą do spowolnienia procesu starzenia się oraz zmniejszają ryzyko wystąpienia nowotworów. Jest również nieodłącznym przyjacielem nauki oraz pracy intelektualnej, ponieważ poprawia funkcjonowanie pamięci krótkotrwałej, zwiększa koncentrację a do tego wzmacnia umiejętność logicznego myślenia. W efekcie wieloletnie picie kawy odwdzięcza się zmniejszeniem ryzyka demencji starczej.

Kofeina ma również swój udział w przemianie materii. Nawet jedna filiżanka dziennie przyśpiesza ją, a do tego tłumi uczucie głodu. Nie zapominajmy, że jeśli lubimy obficie osłodzić ten trunek to i tak narażamy się na choroby serca i otyłość! Sam fakt picia "małej czarnej" nie zniweluje negatywnych skutków cukru. 

Udział kawy w zwiększeniu produkcji hormonów takich jak dopamina czy serotonina sprawia, że u pijącego zmniejsza się ryzyko depresji jak i prawdopodobieństwo samobójstwa. Generalnie fakt ten skutkuje lepszym nastrojem i pogodnością człowieka. 

Biorąc pod uwagę liczne rozbieżności poglądów w świecie nauki na temat kawy, "umiar" znów stanie się słowem kluczowym dla podsumowania. Wszystko jest dla ludzi, dopóki czerpiemy ze świata rozsądnie.

Co sądzicie o samej kawie? Pijacie, a być może nienawidzicie? Moim zdaniem plusy przeważają nad negatywami i nie zrezygnuję z tego nawyku. Poza tym - ciekawe ile filiżanek kawy wypili specjaliści z "Mayo Clinic Proceedings" w trakcie prowadzenia swoich badań...

Pamiętajcie! Notatka dotyczyła najzwyklejszej w świecie czarnej kawy!
Ten tydzień można uznać za ciekawy z powodu małego eksperymentu, który polegał na tematycznym zejściu z tonu. Więcej kwestii popularnonaukowych, pisanie przystępniej, mniej "wydumanych" refleksji czy opisów. Chętnie dowiem się jak oceniacie ogólne wrażenia z całości. 

Tekstem minionego tygodnia, który wyróżnię osobiście, jest oczywiście "Przypadek Paula Ryttersina". Traktuję to jako lekki projekt literacki, który zaadresowany jest bezpośrednio do Was moi drodzy. Ot, przyjemna zabawa polegająca na częściowo wspólnym kreowaniu tej opowieści. Mam nadzieję, że spotka się z jakimkolwiek odzewem. 

A teraz przejdźmy do meritum, czyli nastał czas podsumowania! 

Eksperyment rozpoczął się lekkim tekstem na temat snu i, o zgrozo, "Kiedy powinniśmy spać?" to
niekwestionowanie najpopularniejszy tekst na blogu. Inspirowany artykułami prasowymi oraz
własnymi doświadczeniami w tej materii. Zapewne nieprędko napiszę coś, co chwyci ludzi za
serducha równie mocno i tłumnie.

Źródło: yourtango.com
"Jak cukier niszczy nam mózg" to efekt trafienia przeze mnie na kilka badań dotyczących fruktozy.
Zdawałem sobie sprawę z negatywnych skutków spożywania tej plagi XXI wieku, ale nie wiedziałem
że potrafią one osiągnąć aż tak silne rozmiary, szczególnie w materii naszej sprawności umysłowej.
Warto zaznaczyć, że to jedyny tekst, który ma szansę konkurować popularnością z "Kiedy
powinniśmy spać?"

Źródło: ymcasouthcalifornia.org
"Kino klasy B? A z czym to się je?" to tekst pijący wprost do mojej cichej miłości wobec starych,
dobrych filmów klasy B. Traktuję je jako swoisty rodzaj specyficznej sztuki ewentualnie coś, co
brzydko mówiąc "Ryje mózg, aczkolwiek bawi pryz tym do łez". Kreatywność twórców z tej
kategorii potrafi porażać. Dosłownie.


Zaniedbałem swój warsztat literacki, szczególnie jeśli mówimy tutaj o tekstach "literatury pięknej".
Ktoś mógłby powiedzieć, że nie powinienem wracać do jej hańbienia, ale idea "Przypadku Paula
Ryttersina" jest zbyt pociągająca. Bycie w bezpośrednim kontakcie z osobami, która to czytają,
w jeszcze większym stopniu! A poza tym to doskonała motywacja by ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze
raz ćwiczyć.

Źródło" justincobacademy.org
Gwiazdy są inspirujące i pociągające. Kocham podziwiać nieboskłon, jednocześnie czując przy tym
lęk. Bo kto wie co czai się w czeluściach przestrzeni międzygwiezdnej? Warto pamiętać o tym jak
marni jesteśmy w całej swej wielkości, a nie znam lepszego strażnika tej świadomości, niż kosmos.
Tak bliski, a tak daleki. Mimo to nie sposób od niego uciec, również to ma się kryć za tekstem
"Czym jest dla nas wszechświat?"

Źródło: dreamatico.com

Ten tydzień stanowczo można uznać za powiew świeżości, ale czy słuszny i udany? Mam mieszane odczucia co do całości, bądź co bądź złamałem przy tym pewną stałą, choć tak świeżą. Niedługo minie miesiąc odkąd blog znów funkcjonuje i przy tej okazji mam cichą nadzieję, że dalej będzie się rozwijał zarówno pod kątem bazy czytelniczej jak i samej treści. 

Co w następnym tygodniu?

Ciężko stwierdzić, klaruje mi się kilka idei, aczkolwiek żadna nie jest satysfakcjonująca. Ostatnio ubyło mi odrobinę weny literackiej, oby nie odbiło się to znacząco na jakości moich tekstów. Spodziewajcie się mieszanki twórczości stałej z eksperymentalną, jedynym pewnikiem pozostaje druga część "Przypadku Paula Ryttersina". Chyba, że zostanę dziś storpedowany krytyką z powodu formy tego tygodnia, wtedy naturalną reakcją będzie powrót do formy dla mnie charakterystycznej. 

Miłej niedzieli moi drodzy!