Najnowsze posty

.

Od dawna zapowiadana zmiana, czyli forma, która co jakiś czas urozmaici nam tekstową nudę! W dzisiejszej "Głosówce" prawię dość chaotycznie o samym pomyśle na wykorzystanie swojego głosu, a przy okazji napominam o sprawach trapiących mnie ostatnimi dniami. Zapraszam na pięciominutowego aloga! 


Muzyka: D SMILEZ "Flying Above The Skies"
.
Nie, autor nie przesadził z "Matrixem" ani nie odkrył go dopiero w tym tygodniu. Wśród naukowców koncepcja, iż nasz świat jest wysoce zaawansowaną symulacją komputerową jest w starsza od samego filmu. Pierwsze poważne wzmianki na jej temat możemy odnaleźć z datą 1995 roku (czyli cztery lata przed tym słynnym dziełem kinematografii!). Dziś blisko jej do idei królujących w kategorii naszych upartych dążeń do zrozumienia historii wszechświata.



Bo co jeśli tak naprawdę jesteśmy tylko symulacją, umysłami fałszywymi, wykreowanymi, wśród nielicznych prawdziwych i w pełni świadomych? Komputery przyszłości w połączeniu z rozwojem Sztucznej Inteligencji nie powinny mieć najmniejszych problemów z przeprowadzeniem dokładnej symulacji życia naszych przodków, włączając w to uczucia czy podejmowanie decyzji. Umożliwiałoby to krok po kroku poznać podstawy cywilizacji ludzkiej, zajrzenie w same fundamenty i zrozumienie ich. Dla odpowiednio zaawansowanej cywilizacji problemem nie byłoby nawet stworzenie symulacji w skali wszechświata, konkretnie zaprogramowanego choć niewystrzegającego się błędów. W tym przypadku hipotetyczny programista mógłby ujawniać swą osobę poprzez instytucję religii, być może nieustannie modyfikując zmienne i sposób postrzegania siebie samego. Ludzka ciekawość nie zna granic, motywacja poznania życia swoich prapradziadów jest równie kusząca co ta dotycząca historii naszej rasy, świata. 

Choć czy wszystko musi służyć celom tak szlachetnym? Mówimy o kwestii wymykającej się, w pewnym stopniu, naszemu pojmowaniu. Nawet w dzisiejszych czasach proste symulatory w formie gier komputerowych dostarczają nam rozrywki. W tej samej materii jestem w stanie postawić również wyobraźnię, narzędzie niezwykle potężne, mające potęgę kreacji, choć na o wiele mniejszą skalę (z innej perspektywy natomiast znacznie większą, zdaję sobie z tego sprawę). Rozważania pędzą dalej - a co, jeśli jesteśmy tylko wyobrażeniem niezwykle zaawansowanej genetycznie istoty? Opcja wręcz absurdalna, choć w sposób intrygujący hołdująca koncepcji multiwersum. Każdy świat jako kilkuminutowe refleksje czy przemyślenia, ulotny sen, który tylko z naszej perspektywy ma szansę trwać miliardy lat. Opcja o wiele bardziej nieprawdopodobna i na ten moment niemożliwe do udowodnienia empirycznie, taka przy której nawet koncepcja symulacji komputerowej wydaje się być sensowna. 

Co jednak z argumentem o „mózgu w słoju”?  Mózg w słoju, karmiony bodźcami, któremu wydaje się że jest człowiekiem, chociażby pracującym w korporacji i mającym właśnie przerwę na kawę, wedle teorii nie na szans na zdanie sobie sprawy z tego że jest mózgiem w słoju. Brakuje mu do tego chociażby odpowiednich zmysłów. Wielu jednak sądzi, że mimo to jesteśmy w stanie zaobserwować, czy znajdujemy się w środowisku symulowanym. 

Jednym z najpopularniejszych orędowników teorii wszechświata-symulacji jest doktor filozofii z Oxfordu, Nick Bostrom. W swoich publikacjach stawia on trzystopniowe założenie:
  1. Odsetek cywilizacji które osiągają status postludzki, umożliwiający uruchamianie symulacji swojej przeszłości, jest bliski zeru.
  2. Odsetek cywilizacji, które osiągnęły wystarczający stopień aby uruchamiać symulacje swojej przeszłości, i są tym zainteresowane, jest bliski zeru.
  3. Szansa, że żyjemy w symulacji, jest bliska pewności.
 Jeśli za prawdę przyjmiemy pierwsze to stwierdzimy, że żadna z cywilizacji nie byłaby w stanie dotrzeć do takiego stopnia zaawansowania niszcząc samą siebie w trakcie rozwoju. Jest to perspektywa prawdopodobna i niewróżąca naszemu gatunkowi świetlanej przyszłości. Matematyka jednak niechętnie staje po jej stronie, dlatego mamy prawo przyjąć, że założenie pierwsze jest fałszywe.

Przyjmując za prawdę drugą hipotezę musimy założyć, iż istnieją cywilizacje posiadające możliwość kreowania symulacji rzeczywistości, jednakże pojawiły się czynniki, które pozbawiły je zainteresowania tą kwestią. Biorąc pod uwagę wrodzoną, ludzką ciekawość ciężko sobie na ten moment wyobrazić takowy scenariusz, dlatego lepiej będzie uznać go za fałszywy.

W tej sytuacji możemy już bezpiecznie stwierdzić. że założenie trzecie jest prawdziwe i tak naprawdę żyjemy w zaawansowanej symulacji wykreowanej przez superkomputer. Jako, że jest to dzieło kodu komputerowego to winno ono przyjmować pewne schematy, przy okazji nie pozwalając nam (umysłom symulowanym) na poznanie pełni świata z powodu ograniczeń maszyny obliczeniowej w tej materii. Symulacja czasoprzestrzeni winna być w tym stopniu na swój sposób dyskretna i podzielnie-niepodzielna. Poniżej pewnego poziomu odbierałaby nam możliwość przeprowadzania obserwacji. Dla wielu może być to potencjalne wytłumaczeniem naszych trudności w budowie spójnego modelu fizyki cząstek elementarnych. 

Jako argument wspierający założenie trzecie często podaje się również paradoks Fermiego. Biorąc pod uwagę wiek wszechświata, ilość gwiazd oraz galaktyk, już dawno temu powinniśmy byli nawiązać kontakt z jakąś obcą cywilizacją, a w najlepszym przypadku nigdy nie zaistnieć na ich korzyść. Dlaczego? Ziemia jest planetą doskonale nadającą się do kolonizacji dla hipotetycznie istniejących innych ras. Kto wie, może wszechświat milczy własnie dlatego, że symulacja dotyczy tylko i wyłącznie historii rozwoju życia na planecie o parametrach Ziemi? Być może jesteśmy tylko wirtualnymi aktorami, którzy odtwarzają losy tego świata dla obcych, którzy odnaleźli zgliszcza naszej cywilizacji i próbują zrozumieć co doprowadziło do jego końca. 

Spójna z tą hipotezą zdaje się być również zasada antropiczna. Wedle niej do powstania życia na Ziemi musiało zaistnieć stanowczo zbyt wiele zjawisk w parametrach dokładnie takich, jakie występują na naszej planecie. Mowa to o unikalnych cechach wody czy odległości Ziemi od Słońca, grawitacji etc. Pozbądźmy się jednego z nich lub pozmieniajmy je odrobinę, a okaże się, że życie na naszej planecie nigdy nie zaistniało. Aż prosi się o wytłumaczenie tego zjawiska faktem dokładnego zaplanowania i zaprogramowania symulacji krok po kroku tak, aby życie na Ziemi powstało bez najmniejszych przeszkód. 

Okazuje się, że nawet zjawiska paranormalne zyskują w ramach hipotezy promowanej przez  m.in. profesora Nicka Bostroma. Bo jak wytłumaczyć kontakty z duchami czy telekinezę, gdy uznajemy ich sporadyczne występowanie za prawdziwe, jeśli nie jako błąd programu? Jednorazowy bug niemożliwy do powtórzenia na życzenie, załatany przez superkomputer do czasu, aż coś znowu się "wykrzaczy". 

Filozofia dała nauce solidne podstawy do badań naukowych wypełniając kwestię teoretyczną koncepcjami po brzegi, odpowiadając na wiele pytań podstawowych. Dlatego też już teraz pojawili się naukowcy, którzy postanowili przetestować koncepcję w ramach naszych możliwości. Niemiecki zespół badawczy pod przewodnictwem Silasa Bane'a uznał stworzenie własnej symulacji za klucz do odpowiedzi na pytanie czy jest ona prawdziwa, jak i klucz do ucieczki z hipotetycznej symulacji. Co więcej już w tym momencie powstają pierwsze symulacje, choć są one póki co mniejsze od nanoskali, to mają być one dopiero wstępem do większych prac. Kolejne z nich mają składać się z atomów, a następnie komórek, przy okazji zwiększając naszą wiedzę na temat funkcjonowania otaczającego nas świata. 

Za potencjalny klucz do "ucieczki", choć cała teorie jest jedynie filozoficzną hipotezą, uznaje się limit Greisena–Zatsepina–Kuzmina, wedle którego cząsteczki oddziałują z mikrofalowym promieniowaniem kosmicznym zupełnie inaczej niż nakazywać winny im prawa fizyki. 

Koncepcję uznaję za niezwykle intrygującą, choć z powodu swej filozoficznej natury nawarstwiającą nam kolejnych pytań i problemów. Dobrze, jeśli istnieje symulacja to czy można ją po prostu od tak wyłączyć? Na czym miałaby polegać ucieczka z takowej, o ile w ogóle jest możliwa? Pytania tego pokroju można na ten moment mnożyć w nieskończoność. Z niecierpliwością czekam na rozwój prac badawczych niemieckiego zespołu. Kto wie, być może lada dzień cały znany nam dotąd świat wywróci się do góry nogami z powodu ich odkryć? Wszyscy chcielibyśmy chwycić "Boga za rogi", choć najpewniej zagroziłoby to istnieniu religii w znanych nam dzisiaj formach. Poza tym, hej! Cała ta koncepcja zarazem przypisuje naszemu gatunkowi możliwość sięgnięcia po boskie atuty i możliwości. Kto chciałby oprzeć się pokusie? Przecież to tylko symulacja...

.
JEST TO FELIETON SPRZED PONAD DWÓCH LAT, OD TEGO CZASU AUTOR SIĘ ROZWINĄŁ

„Kiedyś, na początku III Rzeczypospolitej, tego bękarta „Okrągłego Stołu...” zaczyna się felieton Janusza Korwin-Mikkego zamieszczony w dwunastym numerze Angory (23.03.2014).

Spokojny i zadowolony, zajmując się prezentacją multimedialną dotyczącą militariów I Rzeczypospolitej sięgnąłem po tygodnik „Angora”, tak w ramach relaksu i chwili przerwy. Przewróciłem pierwsze stronice, wniknąłem w dział felietonów – wtedy zrozumiałem, że ideę "chill-outu" diabli wzięli. Ujrzałem rysunek z twarzą pewnego wąsacza, dość charakterystycznego, kojarzącego mi się głównie z muszką, specyficznym sposobem mówienia oraz, bądź co bądź, zabawnymi poglądami. Już wieki temu minął mój okres minimalnej fascynacji tym politykiem, nawet pod kątem humorystycznym, jednakże nie mogłem się powstrzymać i począłem czytać w akcie pospolitego masochizmu.

Felieton sam w sobie do najobszerniejszych nie należał. Poruszał na swój sposób populistyczne hasła godzące w kwestie promocji kultury naszego pięknego kraju. W momencie, gdy tak wiele budynków zasługujących na pamięć i odnowienie to ruina pan Janusz tradycyjnie stwierdza, że istnienie Ministerstwa Kultury to bzdura. Powtarza te bzdury od lat i dumnie (na poparcie swych poglądów) przytacza cytat z „Trybuny” (następczyni PRL-owskiej „Trybuny Ludu; de facto dosłownie akapit wcześniej naczytałem się o tym, jak to wiele trzeba dokonać, aby nic się nie zmieniło... Wrednie stwierdzę – pan Korwin czuje się osadzony głęboko w okresie Rzeczypospolitej Ludowej? Spoglądając na całą tę zaniedbaną architekturę mógłbym go nawet poprzeć! Ach, nie, to przecież to straszne, nowe ZSRR – Unia Europejska. Zbrzydły mi już te hasła mające niewiele wspólnego z rzeczywistością, a nadal dostrzegam je w wypowiedziach owego polityka), całkiem wyrwany z kontekstu, a brzmiący „Działalność Ministerstwa Kultury jest żywym dowodem na słuszność tezy Janusza Korwin-Mikkego, że ministerstwo to trzeba w pierwszej kolejności zlikwidować.” Bzdura, bzdura, kompletna bzdura! Jak można wyjaśnić to zdanie? Ironia połączona z krytyką, być może cały tekst dotyczył konieczności REFORMY a nie LIKWIDACJI. A teraz pochylmy się nad całością... 

Nieokreślony artykuł pochodzący z nieokreślonego dokładnie okresu czasu – jedyna informacja jaką dostajemy, to fakt, iż są to początki III RP. Co wiemy o samej „Trybunie”? Codzienna gazeta lewicowa wydawana w latach 1990-2009, teoretycznie możemy zmniejszyć rejon poszukiwań i postawić na wydania do 95/96 roku, aczkolwiek pomyłka jest możliwa – nie jesteśmy w stanie powiedzieć co dokładnie oznacza dla pana Janusza wyrażenie „Kiedyś, na początku..”, ale nie poddajmy się! Wciąż dysponujemy cytatem, którego wpisanie w google daje nam absolutne nic. Wniosek? Należy to potraktować jako majaki, apetyczny, niekoniecznie prawdziwy, wstęp i po prostu zignorować. Brak soczystej ironii w wypadku niedawnego narzędzia propagandy wydaje się dziwny, a tonacja felietonu sugeruje nam, jakoby pismo to upadło w niedługim czasie („Otóż w bezludnej już chyba „Trybunie” ukazał się...”).

Jednakże o co cała  draka z tym populizmem, którego tak wypiera się prezes Kongresu Nowej Prawicy? Myślą przewodnią jest zlikwidowanie Ministerstwa Kultury, ponieważ my, wszyscy obywatele, płacimy na jego działalność w podatkach. Zlikwidujmy podatek – brzmi całkiem fajnie, jeżeli by się nie zastanawiać nad konsekwencjami. A co powie Kowalski o owym ministerstwie? Cóż, stwierdzi, że nie dostrzega jego działalności dookoła i pewniakiem owe fundusze trafiają jedynie do kieszeni naszych polityków. Być może niektóre teatry są przepełnione, acz słowem kluczem pozostają właśnie "niektóre", niewielu zdaje sobie sprawę, że nawet prywatne placówki tego typu potrzebują dotacji celem utrzymania sensownego repertuaru. Jednakże to wciąż krucha linia i jako grzech zostaje poruszony dość drażliwy temat – milion złotych przeznaczonych przez ów urząd na rozbudowę Świątyni Opatrzności. Krzyk, wrzawa, jak tak można, nie wszyscy wierzą! Jestem ateistą i stwierdzam, że podziwiam ogrom architektury kościelnej, ma ona w sobie coś pięknego, monumentalnego. Czy to średniowiecze, barok, renesans – mówimy tutaj o dziełach kultury najwyższej skali. W czym gorsza będzie więc owa Świątynia? Nie wiem. Pozostawić pewne symbole XXI wieku również należy.

Dla pana Korwin-Mikkego ten argument to jednakże wciąż za mało, po zadarciu odrobinę z tą co religijniejszą grupą ludzi postanawia udobruchać radykalną część społeczeństwa. Bulwersując się pisze o milionach złotych przeznaczonych przez Warszawę jak i Ministerstwo Kultury na utworzenie w owym mieście Muzeum Holocaustu (które, de facto, jak to muzea przecież będzie otrzymywało rządowe pieniądze! Jakież to straszne), którego finansowania mogą sobie nie życzyć antysemici! To już wykracza poza pewien margines, co jednak nie dziwi w wypadku tego człowieka. Upamiętnianie zbrodni historycznych, które miały miejsce na terenie naszego kraju i dotykały jego pełnoprawnych obywateli to również zło i ma nam się prawo nie podobać? W końcu Adolf Hitler to idol pana JKM, stanowczo nadal musi podkreślać to poprzez wypowiedzi tego typu Myślę, że dokładniejszego komentarza na tej linii nam nie potrzeba – tutaj ostentacyjne milczenie mówi absolutnie wszystko.

Polityk, który zaburzył mój dzisiejszy spokój wypiera się populizmu – od kiedy bezrefleksyjne twierdzenie, że brak rozsądnych podatków jest dobry, nim nie jest? A sam pan Janusz wydaje się mówić prościej i konkretniej od reszty, co ukrywa konsekwencje głoszonych przez niego poglądów. Dziś niemyślenie jest w modzie – po co sprawdzać, dociekać, potwierdzać? Trzeba zaufać, to profesjonalista, pokrzywdzony przez tych złych drani robiących codzienne show, byle pokazać się w mediach. Na szczęście mówimy tutaj o marginesie – tak więc mogę spać spokojnie swym lewackim snem i żreć, żreć na umór!  
.
Miniony tydzień jest kolejnym, spokojnym etapem w historii tego bloga. Bez rewolucji, bez większych związków tematycznych - ot, kilka notatek zgadzających się tematycznie z rozpiską. Czyli dokładnie tak, jak powinno być.

W tym tygodniu nie wyróżniam żadnej notatki. 

Źródło: winopolowy.pl
Trwa lato, rozpoczynają się wakacje i grillujemy coraz więcej. "Dlaczego warto pić wino?" to poniedziałkowy tekst będący reklamą przyzwoitego internetowego sklepu winiarskiego. Łączą dobrą jakość z niskimi cenami - ich produktów nie odnajdziecie w pobliskich supermarketach, są od nich najzwyczajniej lepsze przy zachowaniu zbliżonej ceny. Dlaczego? Zapraszam do czytania notatki, przy okazji dowiecie się o zdrowotnych aspektach tego trunku. A przy okazji WinoPołowy, czyli kliknij na nazwę aby przejść do sklepu. Serdecznie polecam po raz drugi! 

Źródło: party.pl
"Parę pomysłów na wpis (tytuł bezwstydnie skradziony)" to krótka refleksja na temat własnego procesu twórczego, jego przebiegu, z jednoczesną dyskusją. Dyskusją prowadzoną z felietonem publicysty Marcina Mellera, który wypowiedział się ostatnimi czasy na ten sam temat. Biorąc pod uwagę, że notatka ta bije ostatnio rekordy popularności - może wy wyjaśnicie mi jej fenomen? 

Artysta ludowy z Idzikowic - Aleksy Matczak
"Artyści ludowi" to kolejny tekst dotyczący sztuki i kultury, który jednocześnie w tle nawiązuje do naszych własnych możliwości. Kulturę wyższą kreują nie tylko i wyłącznie twórcy salonowi, powszechnie znani i poważani. Często o wiele większy powiew świeżości potrafią wnieść Ci cichutcy i pozornie nieznani, co nie ubliża wartości jak i ogromowi ich dorobku. Wystarczy się tylko rozejrzeć. Zainteresowanych tematem odsyłam do tejże środowej notatki. 

Źródło: overmental.com
"Dlaczego warto uprawiać seks?" to zwyczajna prowokacja. Clickbaiter, chwytliwy i przyciągający oko temat, który dotknie naszych wewnętrznych żądz i sprowokuje do wgryzienia się w treść. O tym też, tak naprawdę, traktuje sam tekst - o specyfice dzisiejszego marketingu, w którym sprzedaje się głównie okładki. Nieraz utrudnia to szanse na wybicie się treści wyższej jakościowo, a traktującej potencjalnych nabywców uczciwie i nieatakującej ich nachalnie technikami psychologicznymi. Czy sam eksperyment się udał? Zgodnie z przewidywaniami niekoniecznie. Joker nie jest dobrym wyborem na grafikę-przynętę, praktycznie w ogóle nie komponuje się z przedstawionym tematem tekstu. Idę o zakład, że gdybym umieścił tam grafikę softporno to piątkowa notatka byłaby najpopularniejsza nie tylko na facebooku. 
.

Bo zasady trzeba mieć! 

Źródło: PAP
Przy okazji meczu polska-niemcy we wsi pod Radomiem doszło do brutalnej ustawki pomiędzy kibicami. Wedle relacji walczył każdy z każdym, a raport miejscowej policji podkreśla, że całe zajście "Nie miało najmniejszego sensu i było złośliwą akcją mającą na celu odebranie funkcjonariuszom policji możliwości kibicowania polskiej drużynie w tym niezwykle ważnym wydarzeniu sportowym". Naszym reporterom po długich poszukiwaniach udało się dotrzeć do jednego z uczestników walki i zapytać go o to kto z kim i dlaczego się bił. Sebastian (18 l.) odpowiedział, że: 
- Wie, k**wa, pani, tu nie chodzi, k**wa o to, kto z kim. Ch*jów i s***wieli trzeba napi***alać, zasady jakieś k**wa mieć. 
Tak więc poszło o zasady. Niestety pan Sebastian zorientował się z jakim medium ma do czynienia i dosadnie odmówił przeprowadzenia dalszej części wywiadu. Sprawa została przekazana detektywowi Rutkowskiemu do rozwiązania. Wedle relacji świadków po całonocnym boju o świcie wszyscy rozeszli się do swoich domów. 

Sąd nakazuje wycofanie książki ze sprzedaży na życzenie polityka

Źródło: gandalf.com.pl
Książka "Fakt. Tak było naprawdę" Grzegorza Jankowskiego wkrótce zniknie ze sprzedaży. Taką decyzję, na wniosek Edmunda Krasowskiego (bliskiego współpracownika Nadprezesa i Nadnaczelnika naszego kraju) wydał Sąd Okręgowy w Warszawie. Sam autor książki, jak i jej wydawca, dowiedzieli się o całym zamieszaniu słysząc sądowy nakaz. Skąd cały problem? Grzegorz Jankowski opisał w swej książce jak Jarosław Kaczyński telefonował do niego z prośbą, aby nie publikować informacji o tym, że Edmund Krasowski został zatrzymany za jazdę samochodem po alkoholu. Pan Edmund twierdzi jednak, że cała sytuacja dotyczyła zupełnie innego polityka i zgłosił się do władzy sądowniczej, aby na tej podstawie zabezpieczył powództwo i nakazał wycofanie książki ze sprzedaży. Wydawnictwo "The Facto" zapowiada konsultację z prawnikami i niepodejmowanie żadnych innych działań do tego czasu. Autor książki podtrzymuje autentyczność opisanych zdarzeń i nie ma zamiaru zmieniać ich wersji. To jest prasówka i żadna informacja znajdująca się w tym "newsie" niestety nie została zmyślona. 


Dramat polskiego komika. "Sejmowa konkurencja pozbawiła mnie pracy!" 

Źródło: wf1.xcdn.pl
Polska branża komediowa od wielu lat narzekała na niezwykle silną konkurencję państwową z ulicy Wiejskiej w Warszawie. Jak wypowiada się jeden z kabareciarzy, proszący o anonimowość:
- Od zawsze mieliśmy z nimi problemy, ale dało się przeżyć, od pierwszego do pierwszego starczało. Ale odkąd opozycja i władza zamieniły się rolami na nasze występy prawie nikt nie przychodzi! Głodujemy, jak tak dalej pójdzie to wszyscy wypadniemy z branży!
Postanowiliśmy przeprowadzić konsultacje społeczne w tej sprawie, jedną z bardziej powszechnych opinii była ta przedstawiana przez pana Janusza:
- A ja to tam wolę jak ten kabaret z wiejskiej puszczają. Zawsze jakieś niestandardowe żarciki, twarze jakieś podobne i wiem za co płacę! Poza tym wyobraź sobie pan, że sam aktorów mogę wybrać, a nie jakiegoś A******* G*** co papieża obraża, tfu! Wcześniej to nie bo więcej komunistów grało, ale teraz, proszę pana! Teraz to z Grażynką codziennie oglądamy! 
Przedstawiciele aktualnych władz oraz opozycji odmówili komentarza w tej sprawie. Plotka głosi, że są zbyt zajęci wyprowadzaniem zysków ze spektakli do rajów podatkowych, aby udzielić odpowiedzi. 
Źródło: " Batman: The Killing Joke"
Chwytliwy tytuł i intrygująca grafika na stronie głównej. W dzisiejszym świecie to niemal gwarancja oglądalności i poczytności dla twórców - od samej treści ważniejsze stały się tak zwane "clickbaity". Są to tricki związane z powyżej wymienionymi kwestiami, które wręcz wymuszają wejścia na stronę/zainteresowanie się materiałem. Opis staje się kwestia istotną dla nielicznych - a jeśli jeszcze do tego cała sprawa jest kontrowersyjna to sukces jest jak w banku.

Prawdopodobnie nie udało mi się poprawnie zastosować tej taktyki, ponieważ zdecydowałem się nie igrać z ogniem. Miałem kilka idei związanych z pornografią "soft", jednakże naruszyłbym w ten sposób dobry smak stałych czytelników. Oczywiście to, co teraz czytacie, pozostałoby bez zmian w stosunku do tamtej wersji. Inne byłoby po prostu zdjęcie jak i tytuł. 

Nie chodziłoby przecież o wywołanie pozytywnej reakcji. Ba, wręcz wskazana byłaby ta negatywna! Ktoś, kto wejdzie, skrytykuje na widok samego zdjęcia i zniknie. Ale czy tak do końca i naprawdę wyparuje? Niekoniecznie. Poniesie swą nienawistną opinię dalej i czasem sam wróci, aby prawić morały. Części faktycznie mogłoby się to spodobać i wracaliby z wielką chęcią do serwowanych przez autora materiałów softpornograficznych (oczywiście to tylko przykład). Ostatecznie wyświetlenia i tak muszą się zgadzać.

 Z resztą - wiecie jaką tematykę blogger sugeruje, włącznie z tagami, gdy sprawdza się jego opcje reklamowe? Blog erotyczny, erotyka, pornografia... Wystarczy odrzucić tę sugestię a potencjalny zasięg spada na łeb na, na szyję. Raczej nikogo nie powinno to dziwić. 

Tęsknię za czasami, gdy liczyła się treść. To zdanie jest równoznaczne z tęsknotą za niemożliwym, a jednak w pewnym sensie oddaje moje podejście. Sam nie przepadam za stosowaniem się do tych, jakże lukratywnych, zasad i staram się ich unikać. Lubię gromadzić dookoła siebie osoby zainteresowane kwestiami poruszanymi na moim blogu, preferuję jakość nad ilość. Czasem mimowolnie i być może podświadomie zastosuję trick czy dwa mając na dnie umysłu kilka informacji z psychologii marketingu, jakkolwiek nie lubię tak pogrywać z potencjalnymi czytelnikami. Dlaczego? Sam nie życzę sobie aby traktowano mnie w ten sposób.

Swą drogą - ciekawe ile wyświetleń zdobędzie ta notatka, która nadal pozostaje perfidnym eksperymentem. Jeśli ktoś czuje się zawiedziony - hej, Joker ostrzegał, że coś tu nie gra! 
Dzieło Aleksego Matczaka
Są wśród nas, nieszukający posłuchu, uznania. Tworzący w ciszy, dostrzegani przez nielicznych, uchodzący za dziwaków i ekscentryków. Istnienie tych ludzi jest nieuchronne z powodu naturalnego pociągu do piękna i chęci przekazania światu czegoś "więcej", udowodnienia, że tak można. Czasem zyska to odrobinę większą skalę, zjawi się rozgłos choć dla najbliższych pozostanie niezrozumiałe. Każdy region, a być może i każda wieś, skrywa swojego artystę. Jest to człowiek subtelny i wrażliwy, postrzegający głębię otaczającego go świata i potrafiący ją oddać w ramach poczucia pełnionej przez siebie misji.

Dzisiejsze poszukiwania inspiracji zapędziły mnie do około sześciu-pięciu lat wstecz. Odnalazłem na dysku folder z kilkoma zdjęciami dzieł niejakiego Aleksego Matczaka, artysty ludowego z Idzikowic. Postać to wbrew pozorom niebanalna - dawniej listonosz, który niczym ostatni wariat zbierał i zwoził kamienie z pól. Po co, dlaczego? Chciał podarować swej okolicy galerię sztuki, dać lekkiego pstryczka w nos ludziom którzy twierdzą, że "chamy" ze wsi nie mają dostępu do kultury wyższej. Malował, rzeźbił, a w ostatnich latach chwycił się i poezji. Mijały lata, nastały czasy pierwszych wystaw (w tym i zagranicznych), pojawili się i liczni turyści. Siódemka pojawiła się wreszcie z przodu liczby przeżytych przez niego wiosen, a on w pocie czoła pracował dalej, wciąż i wciąż rozbudowując dzieło swojego życia.

Dzisiejszą notatkę zdominują nieliczne zachowane przeze mnie zdjęcia, jednak zanim do nich przejdziemy jeszcze kilka słów. Podróżując po naszym kraju, jak i świecie, nie omieszkajcie popytać czasem miejscowych czy w pobliżu nie rezyduje artysta, taki swój chłop, chociaż "trochę walnięty". Ale z talentem, tak, tak, ukryć się nie da!

Wtedy zyskacie szansę poznania jednostki niebanalnej i niezwykle inspirującej. Szkoda byłoby przeżyć wszystkie swe lata tracąc tyle wspaniałych okazji.


Ten obraz był wtedy jeszcze niedokończony.

"Bitwa nad Bzurą"

Galeria, dzieło życia artysty.

PRAWDOPODOBNIE obrazy  "Matka" i "Ojciec"

Pan Aleksy, zdjęcie znalezione w sieci