Najnowsze posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą środa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą środa. Pokaż wszystkie posty
.

Od dawna zapowiadana zmiana, czyli forma, która co jakiś czas urozmaici nam tekstową nudę! W dzisiejszej "Głosówce" prawię dość chaotycznie o samym pomyśle na wykorzystanie swojego głosu, a przy okazji napominam o sprawach trapiących mnie ostatnimi dniami. Zapraszam na pięciominutowego aloga! 


Muzyka: D SMILEZ "Flying Above The Skies"
Źródło: bookelvespublishing.com
Wszyscy jesteśmy twórcami kreującymi rzeczywistość, każdy ma swoją szansę na artystyczne wyżycie się. Fakt, talent taki jak lekkość pióra czy zwyczajny zmysł artystyczny nie są rozłożone równomiernie, aczkolwiek potrafi to uratować swoista unikatowość stylu, a czasem sam przekaz. W dobie internetu o wiele łatwiej jest dotrzeć do masy odbiorców, jak i o wiele łatwiej jest zdobyć materiały "szkoleniowe" dotyczące interesujących nas obszarów aktywności. Po raz kolejnym kluczem do sukcesu okazują się być dobre chęci w połączeniu z uporem w ich realizacji. 

Od najmłodszych lat świat stara się nas aktywizować w pewnych obszarach artystycznych, aż do końca podstawówki towarzyszą uczniom przedmioty takie jak "Sztuka" czy "Muzyka". Język, czy to ojczysty czy obcy, ma na celu rozbudzenie w nas polotu pisarskiego jak i zainteresowania literackiego. Z jednej strony mamy okazję chłonąć coś pozytywnego, a z drugiej bardzo łatwo można nas zrazić do pewnych aktywności z kategorii kreatywnych. Nauczyciele często nie zdają sobie sprawy z siły swojego wpływu na młode dusze w tej materii, są w stanie zanudzić, zamęczyć lub w irytacji nieuczciwie krytykować miast wspierać w rozwoju. Dlatego wbrew przeżyciom z lat najmłodszych warto próbować i nie poddawać się jeśli jakiś "obszar" kreatywnych działań zdaje się być dla nas pociągający. 

Wszyscy od czegoś zaczynaliśmy i nasze pierwsze prace zawsze pozostawiały wiele do życzenia. Tak naprawdę najgorszym błędem, który da się popełnić, jest popadnięcie w niepoprawny samozachwyt prowadzący do stagnacji. Lepiej doznawać porażek i reflektować się w stosunku do nich, rozwijać dalej, niż utknąć na pewnym poziomie, stanąć, zamrzeć. Rysunek, rzeźba, muzyka czy literatura - wszystkie te dziedziny wymagają od twórcy szlifu i samozaparcia. A w jaki sposób możemy wspierać takowe działanie? Publikując i wystawiając się na konstruktywną krytykę, nawet tutaj w sieci. Nie mają racji ci, którzy twierdzą, że nieudane dzieła powinniśmy chować do szuflady przed światem. Nie mają racji ci, którzy nakazują świeżym twórcom wynosić się do metaforycznych jaskiń. Ludzi tego pokroju traktuję jak wybitnych ignorantów. Warunkami powtarzanym przeze mnie niczym mantra są rozwój oraz samorefleksja. 

Świat dzieli się na ludzi upartych oraz niecierpliwych, talent gra tu jedynie rolę "lepszego startu" bądź "obfitego zakończenia". Piękno sztuki nowoczesnej jest na swój sposób dowodem na zwycięstwo nad specyficzną formą lat minionych. Teraz w grę wchodzi wizja, mówimy o unikatowym stylu, nie zaś o specyficznym, konkretnym kanonie.

Samorealizacja jest niezbędnym warunkiem pełni naszego szczęścia, nie zapominajmy o tym. 
Grafika ładna, ale źródło brzydkie więc nie podam.
Czasem mam wrażenie, że system edukacji ma nie tyle wykształcić myślących krytyczne obywateli, co obrzydzić ludziom historię i stworzyć pustych patriotów wierzących w  równie puste hasła. Jedyną rzeczą, która przykuwa jeszcze uwagę uczniów są akty romantycznego poświęcenia, często tak bezsensownego i realnie szkodliwego z perspektywy historycznej. Aczkolwiek nie bójcie się, nie będę nudził, po prostu pokażę wam literaturę, która jest w stanie zarazić miłością do historii i ukazać jej piękno - bo co jak co, ale historię nasz kraj ma pokaźną i imponującą. 

Bo o co tak naprawdę chodzi w historii? Może o daty? Nie, one po prostu umożliwiają nam osadzenie czegoś w miejscu jak i czasie. Historia to nieustający spór na temat prawdziwych losów danych wydarzeń, szukanie wersji bliższej autentyczności, obalanie wersji zakłamanych i sfalsyfikowanych. Historia to sztuka myślenia i wyrabiania sobie własnego zdania na podstawie faktów i źródeł. A przy okazji jest to też kwiecista powieść przygodowa o losach naszych przodków, możliwość zrozumienia sposobu funkcjonowania ludzkości, ewolucji naszej rasy. Przeszłość to również lekcja dla współczesnych oraz nieskończone źródło inspiracji. 

Posiadamy świetnych i szanowanych historyków, którzy mimo sędziwego wieku wciąż są ludźmi "aktualnymi", nadążają za duchem czasu. Piszą lekko, przystępnie, może z odrobiną ciętego języka. Ich celem jest zainteresowanie historią, a jednocześnie przekazanie rzetelnej wiedzy, przedstawienie różnych teorii na temat życia danego króla czy cesarza, wojny, społeczeństwa, a nie jedynej słusznej. Potrafią podarować nam kilka idei wyznawanych przez różne szkoły historyczne, a naszym już zadaniem będzie ocenienie ku której nam bliżej. Oczywiście istnieją też fakty niezaprzeczalne, zanim ktoś oskarży mnie o herezję, ale i one uczą dostrzegania ciągów przyczynowo-skutkowych. 

Źródło: tezeusz.pl
Paweł Jasienica (tak naprawdę zwał się inaczej, ale z powodu realiów PRL i swojej przeszłości w AK musiał przybrać takowe miano) to historyk ogromnej skali. Jego pięcioksiąg na temat historii Polski ("Polska Piastów", "Polska Jagiellonów", "Rzeczpospolita Obojga Narodów: Srebrny Wiek", "Rzeczpospolita Obojga Narodów: Calamitas Regnum", "Rzeczpospolita Obojga Narodów: Dzieje agonii") to niezwykle poczytne i napisane z polotem dzieło, które jednocześnie, między wierszami, uszczypliwie komentowało działania ówczesnej władzy. Do dziś niezwykle aktualny i pozwalający, moim zdaniem, nawet najbardziej opornym wgryźć się w to co najciekawsze i najlepsze w najdawniejszych dziejach naszej ojczyzny. Wielu może się ze mną nie zgodzić, acz jak dla mnie to pozycja obowiązkowa dla każdego pasjonata historii. 

Źródło: histmag.org
Wykraczamy poza stricte-rodzime realia i przechodzimy do Aleksandra Krawczuka, naszego specjalisty od antyku. Moim zdaniem jeszcze lżejszy i przyjemniejszy w swoim stylu literackim, co nie umniejsza jego wagi jako historyka i profesora, wart uwagi dla każdego poszukiwacza wiedzy o starożytnych. Równie przyjemne w obyciu zdają się być wywiady z tym człowiekiem-historią, który ma nam naprawdę wiele do przekazania. Gdyby nie on to poczet cesarzy zachodnio-rzymskich nadal byłby przeze mnie ledwo kojarzony, a historia starożytnego Rzymu uznawana za niezwykle nudną i niewartą uwagi.

Mam nadzieję, że choć niektórzy z was sięgną po którąś z wymienionych tutaj książek. Dwóch autorów, kilka pozycji, nie chcę przesadzać. Cyklicznie będę dodawał do tej listy kolejnych co jakiś czas wracając do tematu w notkach. 
Wielki Szu
Myślę, że każdy posiada filmy, z którymi sympatyzuje bardziej niż mniej. Sam dzielę je na specyficzne kategorie, które nie rywalizują ze sobą o miejsce w moim sercu i pamięci. Mam swoje ulubione dzieło s-f, mam swoje ulubione filmy klasy B, mam ulubione twory XXI wieku, a idąc za tym mam też ulubione polskie filmy z okresu... PRL-u! Podejrzewam, że część z was, moi drodzy czytelnicy, słyszała o niektórych z nich, a być może nawet je oglądała. Dziś skupię się właśnie na kilku dziełach z tej ostatniej grupy, temat może nie najpopularniejszy, ale za to silnie sentymentalny. 

Dlaczego wgryzałem się w kinematografię peerelowską? To część naszej kultury, a co za tym idzie i naszej historii. Niosą za sobą nieraz ładunek pozytywnych wartości, przekazów, pozwalają nam lepiej zrozumieć naszych rodziców i dziadków, a  na dodatek bywają niedoścignioną parodią ówczesnych realiów. Poza tym nie da się ukryć, że jest to kawałek kina na stosunkowo wysokim poziomie podług jego dzisiejszego stanu w naszym kraju. 

"Wielki Szu" (1982) w reżyserii Sylwestra Chęcińskiego od lat pozostaje moją ulubioną pozycją z tamtego okresu. Historia oszusta-hazardzisty, który wyrobił sobie opinię najlepszego pokerzysty w fachu, jednak w końcu "trafił na swego" i wylądował w więzieniu. Gdy odsiedział karę i chciał wrócić do swej rzeczywistości, zacząć wszystko na czysto, okazało się, że nie ma już do czego. Tutaj zaczyna się opowieść jego dalszych losów i starań, którą poznać można dopiero oglądając to dzieło. 

"Śmierć prezydenta" (1977) w reżyserii Jerzego Kawalerowicza to świetnie opowiedziana historia wyboru na prezydenta i zamordowania Gabriela Narutowicza. Podchodzę do niej z delikatnym dystansem, wkradło się do tego filmu konieczne minimum propagandy, aczkolwiek opisywane w nim wydarzenia naprawdę miały miejsce. W Polsce po odzyskaniu niepodległości wrzało, a reżyser nie szczędził sobie trudu, aby ukazać ten stan rzeczy. Najbardziej przerażający jest jednak fakt jak silne odbicie dnia dzisiejszego da się zauważyć w nastrojach naszych pradziadów jak i ich ojców, o których prawi film. 

"Popiół i diament" (1958) w reżyserii Andrzeja Wajdy jest najczystszą klasyką naszej szkoły filmowej. Wojna dobiegła końca, jednakże podziemna Armia Krajowa nie odpuszcza i postanawia walczyć z komunistami, których uznała za nowych okupantów. Film ten ukazuje rozterki młodego człowieka, duchem tak sędziwego z powodu doświadczeń wojennych, który zaczyna wątpić w sens prowadzenia dalszej walki. Widzi ilu jego przyjaciół zdążyło zginąć, wątpi sam będąc postawionym w sytuacji tragicznej. 

"Miś" (1980) w reżyserii Stanisława Barei to prawdopodobnie najlepsza komedia z tamtego okresu. Groteskowe i pełne paradoksalnych sytuacji życie prezesa klubu "Tęcza" to mistrzowskie ukazanie PRL-u w krzywym zwierciadle. Absurdalne sytuacje w barach mlecznych, sklepach czy urzędach to jedynie ukazanie polskiej codzienności w czasie, gdy przegniły już korzenie ustroju komunistycznego, a on sam zaczął chylić się ku upadkowi. 

Filmów, które mógłbym wymieniać jest bezlik. Samej twórczości Stanisława Barei z wielką chęcią poświęciłbym iście książkowy metraż jako człowiek zafascynowany nim od dziecka.  Pozwolę sobie jednak uciąć temat w tym momencie, zaintrygowany waszymi opiniami na temat tamtego okresu historycznego w polskim (i światowym, tak dla czytelników zagranicznych) kinie. Przepadacie za nim, nie znacie go, a może po prostu unikacie?

Na sam koniec linki do tych filmów, które są dostępne legalnie do obejrzenia w sieci (specyfika licencji). 


Wielki Szu

Śmierć prezydenta


Ilustracja do powieści "Mistrz i Małgorzata"
Każdy posiada książki, które odcisnęły na nim swoje piętno. Specyficzne, a jakże piękne i apetyczne. Myślę, że w większości przypadków za nic nie pozwolilibyśmy na odebranie nam doświadczeń i przeżyć związanych z naszymi ukochanymi powieściami czy traktatami, choć mowa tu pozornie "jedynie" o literaturze. Tak naprawdę stawka toczy się o rządy dusz, o to co nas kształtuje i lepi, czyni nasze kamienne, niewzruszone ciało lepką gliną gotową do czegoś więcej aniżeli topornego rzeźbienia. Dziś będę zwracał się niezwykle osobiście i bezpośrednio, wpuszczę Was do świata dla mnie niezwykle intymnego - świata mych ukochanych ksiąg i autorów, niedoścignionych wzorców, nieskończonych inspiracji. 

Kiedy byłem młodym chłopcem uwielbiałem czytać zbiory bajek, mitów i legend. Niestety nie pamiętam z tego okresu zbyt wielu konkretów, poza informacjami względnie przydatnymi w kontekście kultury greckiej czy kilkoma anegdotkami, jednakże skutecznie rozbudziło to mój apetyt. Do tego stopnia, że w okolicach trzeciej klasy szkoły podstawowej sięgnąłem po książkę J.R.R. Tolkiena zatytułowaną "Hobbit, czyli tam i z powrotem". Wkroczyłem do świata fantastyki, aby pozostać w nim na długie lada. Następnie przyszedł czas na trylogię "Władca Pierścieni", "Dzieci Hurina" a wszystko to domknąłem "Silmarillionem". Oczywiście nie na tym kończyły się moje zainteresowania literackie w tamtym okresie, po prostu nic innego nie zapadło mi w pamięć aż tak mocno ani nie miało na mnie aż tak silnego wpływu. Tolkien był perfekcjonistą, który pracował nad każdym szczegółem kreowanego przez siebie świata. Stworzone przez niego conlangi* do dziś uchodzą za genialne, a zasługi tego językoznawcy pozostają niezapomniane i w tej materii. Prawdopodobnie jest on też twórcą mojej największej wady - wybredności. Nigdy nie odrzucam rozpoczętych książek na bok, jednakże każdy błąd, niedopracowanie, całościowe dziury w świecie/fabule rzucają mi się w oczy i bolą niezwykle. Między innymi dlatego nie miałem serca do serii o "Harrym Potterze", gdy postanowiłem się do niego zabrać w okolicach tamtych lat. 

Przyszedł czas szóstej klasy szkoły podstawowej, a razem z nim pojawił się w moim życiu dorobek Andrzeja Sapkowskiego. Saga wiedźmińska to ciekawy koncept wykorzystujący kulturę słowiańską, niestety niedopracowany, bez odpowiedniego szlifu i, moim zdaniem, trochę zmarnowany patrząc na potencjał. Trylogia husycka została napisana o niebo lepiej pod kątem stylizacji, wciąż jednak pozostawiając sporo do życzenia. Nie odmówię jednak Sapkowskiemu faktu wprowadzenia mnie w klimaty tak zwanego "dark fantasy", które do dziś pozostaje moim ukochanym podgatunkiem. Mroczny, brutalny świat bez podziału na dobro i zło. Świat, w którym jesteś w stanie ujrzeć odbicie codzienności, świat, w którym człowiek zdaje się być gorszy od potwora. A teraz zadajcie sobie pytanie na temat mojej ulubionej powieści i uwzględnijcie odpowiedź na nie w komentarzu.




Już w gimnazjum poznałem kunszt Jacka Dukaja. Ostatnimi czasy spotkałem się z zabawną opinią, jakoby w księgarniach powinna pojawić się plakietka "Ostatni, polski i wciąż żyjący powieściopisarz" a pod nią same książki Jacka Dukaja. Zgadzam się z tym, oczywiście z pewną dozą humoru, bo nie mam zamiaru krzywdzić w ten sposób chociażby Jacka Dehnela. Dukaj był miłością od pierwszego wejrzenia - genialna stylizacja godna arcymistrza, niebanalny język jak i idee, schemat "bohatera dukajowskiego" - zagubionego w świecie inteligenta. Mowa tu o człowieku, który pisząc "Perfekcyjną Niedoskonałość" zagłębił się w arkana fizyki, wykonywał specjalistyczne obliczenia i korzystał ze wszystkich dostępnych nam prognoz na temat rozwoju cywilizacji ludzkiej. Niestety przerwał pisanie tej trylogii w oczekiwaniu na wyklarowanie się kilku teorii w świecie fizyki. Jak tu nie kochać tego diabła, który dba o każdy szczegół? Większość jego książek to małe arcydzieła, które w pełni zaspokajają wymagania mojego gustu, do których uwielbiam wracać, nad którymi zachwycę się jeszcze nieraz. 


Zadane przeze mnie wcześniej pytanie nie należało, wbrew pozorom, do ciężkich ani ambitnych. Sześć lat temu zakochałem się w powieści Michaiła Bułhakowa, w "Mistrzu i Małgorzacie". Motyw powieści w powieści, stalinowska rzeczywistość w krzywym zwierciadle, znikające persony, piękna miłość z powodu "najbrzydszych kwiatów na świecie", bal czarownic i organizujący go w Moskwie diabeł wraz ze swą świtą. Diabeł, który wydaje się postacią pozytywną, a wręcz sympatyczną w porównaniu mieszkańców stolicy ówczesnego Związku Radzieckiego. Nie bez powodu autor wylądował na cenzurowanym, a piękno jego arcydzieła odkryto dopiero po dziesiątkach lat. Przynajmniej raz w roku powracam do "Mistrza i Małgorzaty" i zawsze odkrywam wtedy coś nowego, coś nad czym warto się pochylić, dostrzegam kolejny fragment głębi niesionej przez tekst, a poza tym najzwyczajniej delektuję się jej pięknem. Bo jest to jedna z najpiękniejszych powieści, które miałem okazję w życiu czytać. O dziwo dzielę ten zachwyt z ogromną częścią rodaków, co jest kolejnym atutem tego dzieła. Jest w stanie trafić praktycznie do każdego. 

Czy taki diabeł straszny?

Wbrew pozorom nie czytuję samych dzieł ciężkich i ambitnych. Z grzeczności pominąłem traktaty ekonomiczne, które ostatnimi laty piętrzą się na moich półkach, jednakowo odpuściłem całym górom literatury historycznej, choć nieustannie ją pochłaniam. Czasem, tak jak każdy, sięgam po coś lekkiego, mało ambitnego, w ramach relaksu. Pobudzam wyobraźnię, jednakże nie jestem zmuszony do intensywnego myślenia. Czysta przyjemność. Na samym końcu notatki umieszczę galerię książek, które moim zdaniem warto przeczytać czy to dla rozwoju czy dla chęci odetchnięcia od rzeczywistości. A kończąc dodam jeszcze, że aktualnie poczytuję powieści s-f z uniwersum Honorverse, które tworzy David Webber. Całkiem dopracowane w kwestiach militarnych, poza tym dość lekkie i poczytne, dlatego wybaczam autorowi resztę popełnianych przez niego grzechów. 

Funfact - wszelakie zdjęcia książek w tej notatce przedstawiają posiadane przeze mnie wydania. 












*conlang - sztuczny, lecz w pełni funkcjonalny język, jego artystyczną wersją jest chociażby język tolkienowskich elfów, który można w pełni opanować.
Czasem każdy z nas sięgnie po jakąś niszową produkcję, nieświadomy tego co może go w efekcie spotkać. Czy to przeszukując odmęty internetu, dokonując przypadkowego zakupu, a czasem nawet trafiając na takową w telewizji publicznej. Z pozoru ani to ładne, ani logiczne, ani ciekawe... Właśnie, z pozoru.

Dlaczego więc oglądamy produkcje kina klasy B? Prawdopodobnie powinienem tu postawić o kilka pytań więcej, jednakże przytaczanie całej historii branży nie jest moim celem. 

W zamierzchłych czasach, gdy film był stosunkowo młodą formą, istniały konkretne standardy w kwestii jego tematyki. Szczególnie w Hollywood cenzura pracowała pilnie, aby poza nie nie wykraczać - miało być ze smakiem, odpowiednią dozą akcji, bez krytyki wydarzeń politycznych, a co najważniejsze bez komunistów. Co warto jeszcze uwzględnić - była to era wielkich studiów filmowych, które "brały w posiadanie" sieci kin narzucając im przy sprzedaży swoją wizję dystrybucji, czyli tak zwane "block booking". Wyglądało to mniej więcej w ten sposób, że kino wyświetlało blok filmowy miast pojedynczego filmu. Przykładowo taki seans mógł składać się z: zapowiedzi nowości, krótkiej animacji, komedii, filmu klasy B, filmu klasy A. Fani nocy filmowych powinni sobie teraz wyobrazić, że idąc do kina udają się na zbliżone czasowo wydarzenie, w ten sposób będą w stanie częściowo wczuć się w ówczesne realia. 

Jednakże co z tą przeklętą cenzurą? Objęto nią tylko i wyłącznie filmy klasy A, gdy B miały pozostawione w miarę swobodne pole do manewru i mimo, że traktowane jako "zapchajdziury" oraz wsparcie dla kulejącego czasem budżetu, potrafiły stać się głównym powodem wędrówki do kina w tamtych czasach. Niskobudżetowe, kontrowersyjne, nieraz krwawe i obrzydliwe, najbardziej absurdalne, a przy okazji potrafiące ukazać rzeczywistość w krzywym zwierciadle. To tutaj narodził się gatunek taki jak horror, science-fiction czy fantasy, to tu można dopatrywać się korzeni filmu gangsterskiego. 

Co pozostało nam dziś z tego wszystkiego? Myślę, że definicja zmieniła się odrobinę na przestrzeni czasu, choć pozostaje podobna. Współczesny film klasy B charakteryzuje się z reguły (choć nie zawsze) cechami takimi jak:
- niski budżet
- kicz i tandeta
- czarny humor
- brutalność
- brak znanych gwiazd
- debiut reżyserski

Są to, jak już powiedziałem, jedynie ogólne wyznaczniki. Na produkcje tego typu raczej nie traficie wśród premier kinowych (choć patrząc na jakoś niektórych "dzieł" mam zacząć ochotę kłócić się z tą tezą), szczególnie w Polsce. Mam wrażenie, że jest to u nas rodzaj pustej przestrzeni, niezapełniona przez nikogo nisza z powodu swej nieopłacalności względem kina "tradycyjnego". 

Do dziś produkcje te potrafią być perełkami, pomijając ich wartość jako "odmóżdżaczy", często równie krytycznie spoglądają na rzeczywistość co w swej dawnej roli. Odrobina zdystansowania się od poprawności, kilka soczystych uwag na temat współczesnego filmu, a poza tym świeża, niekomercyjna myśl. Nie będę ukrywał, trzeba lubić ich specyfikę, inaczej seans zamieni się w zwyczajną katorgę. Jednakże ile możemy tkwić w świecie komputerowych efektów? Za tę część, właśnie za kicz i tandetę, uwielbiam produkcje tego typu. Z resztą charakteryzacja potrafi nieraz stać na naprawdę wysokim poziomie. Ot, odrobina nostalgii względem kina tradycyjnego. 

Jeśli ktoś nie zauważył to tak, opisywałem kino amerykańskie jako, że to miejsce narodzin produkcji klasy B.

A jakie są wasze przemyślenia na ten temat? Kochacie czy nienawidzicie produkcje kina klasy B, a może jeszcze nie zdążyliście go odkryć?

Jeśli temat samej historii kina w Hollywood kogoś zainteresował - odsyłam poniżej.


Otacza nas ciemność, krążymy w świecie wielobarwnych, strzelistych strun. Miejscem tym z pozoru nie rządzą żadne zasady, najczystszy chaos, pierwotna entropia. Mimo to czujemy się zaintrygowani i nim się orientujemy mimowolnie przekraczamy jeden z nowo-powstałych łuków triumfalnych. A może po prostu przeszył nasze ciało w trakcie narodzin, początkowo niezauważony, tak czuły i delikatny w swych pieszczotach?

Wtedy trafiamy do zupełnie innego miejsca, poznajemy historię świata wśród słów i dźwięków, przytłacza nas potęga chórów, dźwięk potęgi trąb dudniąc przeszywa całą okolicę. Mroźny szczyt, na którym się znajdujemy, dodaje kolejnej szczypty patosu temu quasi-operowym spektaklowi. Nie znając języka rozpoznajemy motywy "Księgi Rodzaju" kłębiące się u podnóża, już chcemy się pochylić, rozpocząć żmudną wędrówkę ku scenerii, jednak płyniemy dalej.

Dźwięk lutni młodzieńca zdaje się mieć potęgę zdolną skruszyć najtwardsze z serc, łzy same lgną do oczu, a po chwili jesteśmy już w stanie poczuć ich słonawy smak wymieszany z goryczą historii mknącej przed naszymi oczyma. 

Kochali się, lecz nie mieli aprobaty rodzin, tchnięci romantyzmem uciekli, postawili wszystko na jedną kartę, postawili na siebie. Uciekali w burzy. Zgubili się i dopadli ich banici. Nie dał rady jej obronić. Zginęła tak okrutnie. Do dziś nawiedza go w snach. Nie potrafi mu wybaczyć. Prześladuje go jej spojrzenie. Zimne. Martwe. Pełne przerażenia. 

Zdawało się, że struny lada moment pękną, nie mogąc znieść dłużej tych wszystkich emocji, przyjmując i oddając je z taką wiernością, że aż chcąc zjednoczyć się w duchu ze swym panem. Chcemy go pocieszać przez łzy, jednak płyniemy dalej. 

Znajdujemy się na środku ulicy osaczeni przez smugi światła mknące w okół nas. Czujemy się tacy mali, niezauważeni, pisk kół, warkot silników. Cały świat pędzi przed siebie, a my stoimy w środku tej metropolii. Jest nam tak zimno, czas mija, a my wreszcie orientujemy się, że nie jesteśmy sami. Otaczają nas oni. Odrzuceni przez społeczeństwo, biedni i schorowani, zaniedbani. Odebrano im nadzieję, odarto ich z marzeń i porzucono na pastwę losu, ponieważ mieli gorszy start. Ponieważ nie potrafili sobie poradzić. Tylko artysta o nich pamięta, ze smutkiem w głosie ukazując ten obraz.

Źródło: inspirefirst.com


Muzyka jest piękna, gdyż nawet w największej, popkulturowej papce skrywa niezgłębione pokłady potencjału i refleksji, a przy okazji lekarstwa duszy. Nieodłącznie jest też związana z poezją, o której miałem okazję pisać tydzień temu, a mimo to i bez jej towarzystwa posiada moc kreowania światów, nieraz większą niż obraz czy litera, do których tak przywykliśmy. A co dopiero, gdy połączymy te formy w jeden twór?