Najnowsze posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

Minęły tysiące lat, a w piach w klepsydrze przesypywał się nieubłaganie. Słyszeliśmy szum, a nie mogliśmy jej zobaczyć. Pozostawała i pozostaje poza naszym zasięgiem, choć tak naprawdę mowa tu nierozłączonej towarzyszce naszego życia. 

Zanim udamy się na wieczny spoczynek usłyszymy niezliczoną ilość opowieści, tych dobrych jak i tych złych, zarówno szczęśliwych jak i pechowych, przynoszących korzyści oraz szkodzących. Część z nich będzie dość osobista, wyryje się głęboko w naszych sercach, odnajdzie tam pilną skrytkę, a inne, uznane za nieistotne bądź tymczasowe, uciekną prędko by nigdy nie wrócić, o ile nikt nie postanowi nakreślić ich nam na nowo. Na usta, jednakoż, ciśnie się o wiele ważniejsze pytanie.

Jaką lekcję z nich wyciągniemy?

Uwielbiamy lekceważyć, twierdzić, że to co było już nigdy nie wróci, a jeśli już musi to z dala od nas, nie w naszych czasach. Nasza najukochańsza mama miała problemy z powodu decyzji, którą my chcemy podjąć w bliźniaczym kontekście po przeminięciu dwudziestu paru lat? Oczywiście, wtedy były inne czasy, poza tym i tak mamy, choć minimalną szansę na sukces! Wiemy lepiej, młodzi, zero-jedynkowi, nabuzowani hormonami. 

Córka twierdzi, że zachowuję się nierozsądnie, przytaczając przy tym przykłady z życia znajomych jako argumentację najwyższego kalibru. Ale co ona może wiedzieć o życiu? Przeżyłem już tyle, doświadczenie samo dyktuje, wiem lepiej. Moja nieomylność stoi na wyższym poziomie, szlif wieku, po co słuchać? A wtedy upartość prowadzi do bagna, tak rozległego i cuchnącego, buchającego smolistą breją... Cierpi na tym każdy, cierpi na tym rodzina, nieraz cierpią i znajomi. Jak widać zero-jedynkowi bywają również dorośli, obrośli w tłuszczyk zadufania, zakorzenieni we własnej pewności. 

Lekcja historii w dzisiejszych czasach zdaje się brzmieć niczym inkantacja zaklęcia „transformacji w leniwca” - programowi oraz nauczycielom brakuje polotu. Chwile, gdy uda się zainteresować młode umysły tematem, brzmią niczym święto przy opowieści o bezsensownym poświęceniu ich rówieśników na szali klęski, złożeniu ich w ofierze wydumanego patriotyzmu. A sami uczniowie nie lubią sięgać po literaturę, wolą prosty mem, obrazek przesycony informacjami, niekoniecznie sprawdzonymi. System edukacji nie uczy nas prawdziwego szacunku do czasu. 

Czy w tej sytuacji możemy mieć pretensje o ten wszechobecny brak refleksji, nierozumienie powagi wielu sytuacji, gdy nie cuchnie już trupi swąd? To problem wielowarstwowy, szeroki, wymagający stanowczych działań, wieloletniej pracy u podstaw.

W terenie oraz indywidualnej. Wystarczy obudzić w sobie świadomość, a mamy szansę uniknąć wielu nieprzyjemności. Jesteśmy istotami inteligentnymi, sprawnie wykorzystującymi okazje. Odtrącanie tej byłoby nierozsądne. 

Nie zapominajmy o lekcjach przodków, nie odtrącajmy lekcji potomnych.
Liście, które jesienią spadają z drzew, chciałyby się wskazać jako przykład przemijania. Byłby to jednak zły przykład, ponieważ po kilku miesiącach drzewo wypuści nowe liście i nastanie wiosna, dokładnie taka jak była wcześniej.


Peter Rosegger

Piach na podwórku zamienił się w mokrą breję, powoli kończąc swą egzystencję. Był on ledwo dostrzegalny z sekundy na sekundę coraz bardziej ginąc pod ścianą wody spadającą z nieba. Wszystkie dźwięki otoczenia zagłuszał wszechobecny szum, a choć w mieszkaniu było ciepło ponad miarę, to cały ten widok przysparzał o chłodny, przyjemny dreszczyk.

W końcu zamiast podwórka dało się obserwować zalążki nowego zbiornika wodnego, póki co prezentującego się miernie, choć już wtedy mającego szansę wkroczyć do wnętrza budowli nieustannie opierających się nawałnicy w swej aroganckiej dumie. Szum nie ustawał, idealnie komponując się z przenikającą otoczenie szarością. Drzewa, te o pustych koronach, jak i te, które koron nie tracą nigdy, mogły się wreszcie posilić po okresie suszy. A przynajmniej chciałoby się tak to widzieć - natura ucztowała, karmiąc samą siebie. 

Wpatrzony w to wszystko mały chłopiec odczuwał silną dozę fascynacji. Było to dla niego wirtuozerskie doświadczenie, przeplatane z poczuciem niezwykłego piękna. Jak dotąd nie lubił deszczu, odbierał mu on możliwość zabawy w piaskownicy i sprawiał, że zmartwiona matczyna zatrzymywała go w mieszkaniu na dłuższy czas. Wreszcie jednak zaczął dostrzegać w tym żywiole rodzaj nieskalanego, pierwotnego piękna, i ślęczał przylepiony do szyby, wpatrzony w szarość dnia, tak szpetną odkąd zniknęła cała pozłacana otoczka, niczym w najwspanialsze z dzieł sztuki.

Myślę, że posiadanie swojej ulubionej pory roku to kwestia indywidualna i każdy odnajduje choć jeden kwartał, w którym może czuć się spełniony. Dopasowanie do gustu, zachowań oraz osobowości jest tu najprawdopodobniej kluczowe. Ale czy mimo to warto hodować urazy do pór nieupragnionych? Natura w każdym swym aspekcie jest sobą w pełni, a nasze malkontenctwo niewiele zmieni w jej egzystencji. Po tym, jak damy już upust frustracji, powinniśmy spojrzeć na pozytywne strony sezonów – zawsze istnieją, musimy tylko zechcieć je dostrzec. W końcu to nasza Matka Ziemia, która stara się dbać o swoje dzieci, nawet te często tak dla niej okrutne.

Wiele lat temu nauczyłem się kochać deszczową jesień za jej spokój, tonację oraz orzeźwiające spacery w deszczu. Uznałem jej najbrzydszy aspekt za równie piękny, co pozostałe. Może pora zadać sobie podobne pytania, co o niej, w stosunku do pozostałych pór? 
Ulica, miejsce tak niepozorne.

Auta mkną z prędkością mało kiedy nieprzekraczającą przepisowej, ledwo zauważalne, niczym migające barwy w tunelu życia. Krótkie, nieistotne obrazy, które utraciły ostrość w pędzie. Świat gna do przodu, a razem z nim śpieszymy się my, sami przestajemy dostrzegać siebie nawzajem, obraz bliźniego staje się taki zamazany i taki... obcy.

Chociaż czy tak naprawdę to nie my wprawiliśmy tę maszynę w ruch naszą żądzą doznań? Pragniemy czuć i poznawać, tak intensywnie, nieokiełznanie, niczym nieograniczeni, zanurzeni w bezkresie rozkoszy. Wtedy orientujemy się, że brakuje nam czasu na skorzystanie z ogromu możliwości cywilizacyjnych, ponieważ nadal istnieje konieczności przeżycia, gromadzenia środków, zaczyna się pośpiech. Wyścig o realizację przyziemnych pragnień, osiągających status egzystencjalnego magnus opum, z realizacją potrzeb koniecznych do przeżycia. A wiek informacji to prawdopodobnie dopiero początek tego, co nadejdzie w najbliższych dekadach.

Czy to złe? Czy nie jest to jedynie realizacja aspiracji rasy ludzkiej? A może po prostu staczamy się w otchłań zatracenia? Ocenią potomni, jednakże cała ta sytuacja pewniakiem ma swoje pozytywne aspekty. Jeśli tylko zatrzymamy się na chwilę, wyhamujemy pęd trybików tej wszechpotężnej machiny, to łatwiej nam docenić aspekty życia tak banalne, że dawniej pospolite, a nie inspirujące czy piękne. Najpierw jednak należy na chwilę wyjść poza ramy systemu, a choć wejść łatwo, to dla wielu wyjście wiedzie tylko przez komin.

Pochylmy się jednak.

Jechali tramwajem - on dość młody, w popielatoszarej kurtce, znoszonej i zużytej, zmęczonej niczym jego na poły nieobecne oczy. Ona w kwiecie wieku, pulchnymi, zmarszczonymi dłońmi miętoląc skrawek wyblakłej sukienki w kolorowe kwiaty, dawniej być może złociste, mieniące się barwami lata, a może mierząc się ze swym kresem u początku jesieni. Dziś jednak nie dało się tego stwierdzić, a tę dwójkę pozornie niewiele łączyło. Ot, dwa różne pokolenia, dwie historie biegnące obok siebie, ale poza sobą. Tylko pozornie. Rozmowa łączy ludzi, rozpala płomień w oczach i przybliża, a tak było w ich przypadku. Rozmawiali o trudach życia, wyjazdach za chlebem, fundacji wsparcia dla niepełnosprawnych. Komentowali odbyte razem szkolenie, doradzali sobie w sprawach miłosnych, życiowych. Narzekali, ale i cieszyli się mogąc to wreszcie zrobić, wykrztusić swój ból, wyrzucić od dawna tłukącą się we wnętrzach ich umysłu gorycz. Mieli też z kim podzielić się dobrymi nowinami, a znali się dopiero od kilku godzin.

Ktoś by powiedział, że była to historia miłosna jak każda inna, jednakże nie wszystko współgra z tą tezą. Była to po prostu dwójka ludzi, strudzonych życiem i gotowych pochylić się nad sobą wzajemnie, okazać człowieczeństwo, którego tak nieraz mało. Otworzyli się na drugą osobę wiedząc, co znaczy osamotnienie. Być może nawiązali przyjaźń, być może nigdy więcej się już nie spotkali.

Znaleźli chwilę wzajemnego zachwytu, przerwali pęd, zasmakowali tego, co tak nietypowe dla codzienności.
Dziś, razem z tematem, przyjdzie delikatna krytyka zachowań, na szczęście o wiele mniej powszechnych, jednak wciąż mających miejsce. Zdarzają się one każdemu z nas, choć czasem jesteśmy w stanie im zapobiec przy pomocy większej, niż zwykle, porcji empatii, takoż korzystając z samokontroli. 

Nie ma dnia, w którym nie jechalibyśmy komunikacją miejską, publiczną czy nie odwiedzili sklepu, marketu. Konieczność pcha nas tam nieustannie, a za naszym smutactwem, tak tam uzewnętrznianym, ciągną się nieraz iskierki nienawiści. Mieliśmy zły dzień, szef na nas nakrzyczał, wykładowca zirytował, wstaliśmy lewą nogą i pokłóciliśmy się z partnerem – a co najgorsze zupa była za słona! 

A ten kierowca/motorniczy jeszcze śmie się spóźniać trzy minuty! Podejdę do okienka i nawrzeszczę na niego dając upust pokładom swojej wewnętrznej żółci, psując humor zarówno jemu jak i reszcie pasażerów, którzy będą musieli tego wysłuchać. Punktualność rzecz święta, wrzawa musi być! 

To naprawdę nie jest dobra droga – kilka minut nas nie zbawi (a jeśli aż tak wyliczamy sobie czas - warto uwzględnić czynniki losowe i po prostu wyjść wcześniej), a sam kierujący pojazdem z reguły jest zestresowany samym faktem opóźnienia i jest go w pełni świadom. Czy można oskarżyć go o niekompetencję? Generalizując pewnie da się dojść do takowego wniosku, ale byłby on przekłamany, obcięty z kontekstu. Z reguły to kwestia niefortunnych korków, nieraz wyskakujących na jezdnię pieszych, którzy zbyt pysznie korzystają ze swego pierwszeństwa i kuszą los. Czasem nawet kierowcy ratują ludzkie życie udzielając pierwszej pomocy osobie, która zasłabła. 

Widząc słowa „kontroler biletów” bądź „kanar” spora część z was może się wzdrygnąć, przecież to takie pejoratywne. A przynajmniej pozwoliliśmy na zakorzenienie się w nas akurat takich, a nie innych odczuć. Moim zdaniem mowa tutaj o ludziach wykonujących pracę niewdzięczną, nieustannie wystawionych na falę nienawiści, ale zarazem o służbie publicznej, koniecznej i dobrej. Dbają o sprawiedliwość i wyłapują tych, którzy korzystają z usług komunikacji publicznej nie chcąc jej wspierać, dbać o dalsze przetrwanie tego środka transportu. Na dobrą sprawę jeżdżący na gapę pasożytują, jeśli robią to notorycznie i z premedytacją, na uczciwie zakupujących bilety. 

Nie da się ukryć, istnieją też kontrolerzy niemili czy nieuczciwi, tych drugich nawet nie wezmę w obronę, ale to niewielki procent podług całej "populacji". Nieraz zdarza się, że „kanar”, który na ogół jest miłym i życzliwym człowiekiem, zostanie doprowadzony do stanu irytacji przez pasażerów kierowanych stereotypem i nieszczędzących sobie uszczypliwych komentarzy. Wtedy koło się zamyka, rozpoczyna się stan „złego dnia”, zamiera empatia i zjawisko, nad którym się rozwodzę, dalej zbiera swe żniwo, dopóki ktoś nie przerwie złej passy zachowując się najzwyczajniej po ludzku, to znaczy wyrozumiale i serdecznie. 

A co z ekspedientkami i ekspedientami, szczególnie w marketach? Niejedna osoba zdaje sobie sprawę z ciężaru wykonywanej przez nich pracy. Dlaczego tak często brakuje nam wobec nich uśmiechu? „Dziękuję, życzę miłego dnia” to aż tak wiele, gdy odchodzimy od kasy? Ba, często mamy czelność irytować się i popędzać, składać zażalenia, bo straciliśmy dziesięć cennych sekund z powodu rzekomej "ślamazarności kasjera." Oni również mają prawo być zmęczeni, oni również zasługują na zrozumienie, a wręcz nasze wsparcie. Pracodawcy notorycznie wykorzystują ich niemiłosiernie zdając sobie sprawę z trudnej, dla potencjalnych pracowników, sytuacji na rynku pracy.

Czasem jednak nawet pani z warzywniaka naprzeciwko, każdego poranka tak tętniąca życiem i za każdym razem "zdrówka" życząca, ma zły humor. Kilka dobrych słów potrafi zdziałać cuda i uratować dzień – zarówno jej jak i nasz. 

Mógłbym to ciągnąć - rozpisywać się o lekarzach, ratownikach, policjantach, portierach, ludziach odpowiedzialnych za utrzymanie porządku w budynku, na osiedlu i tak dalej, i tak dalej. Pisałbym najprawdopodobniej podobne rzeczy, zmieniałyby się głównie przykłady - mam jednak nadzieję, że przekaz jest już dość wyrazisty i dosadnie zwraca uwagę na problem.

Szanujmy się nawzajem, jesteśmy tylko ludźmi. Każdy ma gorsze chwile, nie doprowadzajmy ich do stanu prawdziwej ruiny wzajemną zawiścią, szukajmy alternatywnej drogi dawania upustu swym negatywnym emocjom. Czasem przekuwając je w dobroć, a czasem przelewając na papier, być może biegając, ćwicząc. Każdy ma na to metody, które musi w sobie po prostu odkryć, wypracować. To niełatwe, nigdy nie osiągniemy w tym perfekcji, jednakże warto się starać. 

Dzięki takim staraniom świat staje się lepszym miejscem.
Nastał czas zmian – pewnych i konkretnych. Nie było to dzieło ani zadbane, ani rozwinięte, tak więc skutki nie powinny należeć do nazbyt bolesnych. Innymi słowy, wcielając się w istotę w kaleczeniu języka „uwspółcześnioną” – nadchodzi zmiana targetu. 

Rzeczywistość legendą, bajką, baśnią, mitem. Nigdy nie uczyłem się francuskiego, choć doceniam piękno tego języka (jak to sprzecznie i źle brzmi!) i dlatego zdecydowałem się na wybranie akurat takiego tytułu. Mówiąc o czymś mistycznym, choć i na poły zwyczajnym, sam spełniał te wymagania doskonale. Miał być on czymś dosłownym – magazynem prozy, myśli literackiej powstałej na bazie oniryzmu, życia, otaczającego mnie świata. W tym sensie aż tak wiele się nie zmieni, chociaż... Kto wie? 

Od dziś fikcję literacką zastąpią refleksje, te melancholią pachnące, jak i te konsumowane tu i teraz, żywiołowo, dopiero się kreujące. Otaczający nas świat to piękne miejsce, czasem warto się zatrzymać, pomyśleć, wciągnąć dożę świeżego powietrza pachnącego kwitnącym bzem i odlecieć w odmęty pamięci. Porównać swój żywot dziś i dawniej, dostrzec różnice, utrwalić coś pięknego i po prostu uśmiechnąć się. Naszym życiom stanowczo brakuje uśmiechu – tkwimy w smutku i zmartwieniach nie potrafiąc skupić się na pozytywnych aspektach otaczającej nas rzeczywistości.

A wtedy powstają smutasy, ba, armie smutasów! Armie spotykane codziennie – na klatce, w sklepie, autobusie, tramwaju, na uczelni, w pracy, a potem w rodzinie, kuchni, domu, pokoju i własnej sypialni! Smutek nie jest czymś złym, oczyszcza, ale nie możemy w nim tkwić wiecznie, wszak skrajności są szkodliwe. 

Brakuje nam uśmiechu i życzliwości, brakuje nam chwili zadumy i wyciszenia, cierpimy na chroniczny niedostatek empatii oraz dobroci. A co najgorsze i najpiękniejsze zarazem to fakt, że nigdy nie będziemy w tym idealni, ponieważ jesteśmy tylko ludźmi. Ale warto się starać, na tym polega cały nasz żywot, dlatego właśnie chcę się z Wami dzielić swoimi refleksjami na ten temat, chcę się z Wami dzielić pozytywnymi fragmentami swojego życia (choć nie aż tak osobistymi i spersonifikowanymi jak mogłoby się wydawać), optymistycznymi wizjami. Chcę przypomnieć, że i to jest możliwe – i mam nadzieję, że pomogę Wam w odnalezieniu tej drogi. 

Nie, nie będzie to blog silnej wiary, okultyzmu czy sił nadprzyrodzonych/kosmicznych. Będą to historie człowieka prostego, z krwi i kości, dość twardo stąpającego po ziemi i starającego się uszanować innych takimi, jakimi są – choć różnie to bywa.

Proza pozostanie miłym dodatkiem, a regularność zagości jako dobra norma. Ażeby pointa była jeszcze przyjemniejsza – miłego dnia jak i dobrej nocy, żeby nie powiedzieć „Wszystkiego Najlepszego!”
Wszystko zaczęło się od prostego pytania – co dalej?

Dzień w dzień wstawał, zbudzony przez półmrok i szczyptę ironicznego zmęczenia. Maszerując po tym tam, gdzie zwykle, czyli zaglądając do lodówki w celu uciszenia kanonady kiszek.

Miał dość mięsiwa, gorszyło go i przyprawiało o mdłości, gdy dookoła jedynie polędwiczka albo salcesonik przekładany wymysłem najnowszym zdrowotnego pieczystego miast pieczywa tradycyjnego, a do tego może jajeczka, też z dodatkiem boczku przypiekanego a następnie przysmażanego, by na końcu urządzić go na głębokim oleju i schrupać, schrupać z tym tłustym smakiem, nie pamiętać o cholesterolu. Mówili przecież – trzeba odżywiać się zdrowo, dbać o dietę, siebie, myślenie męczy.

Ale on za nic miał sobie rady inteligientów wielkowieyskych, rzygając tym, rzygając najserdeczniejszej jak tylko potrafił. Brał garść suchych jak wiór płatków, pochodnych kukurydzy, która jakkolwiek płatków (niczym kwiat) nie posiadała, tak były jej produktem finalnym z rozkoszą wbijającą się w luki pomiędzy starymi już zębami. Pal to licho, myślał zawsze, zgniją razem, jednak w mordzie, a nie w ziemi! Ząb-jedzenie, przyjaźń wieczna.

Konsumował bez apetytu, chrupiąc przy tym głośno i przyprawiając mądrych o zawroty głowy. Bo jak to tak sucho, niezdrowo, bez mięsiwka? Zamęczy się biedak, wykończy bez sił, padnie na zawał, przepracuje się inteligiencik jeden! Olaboga, co on prawi, że niezdrowe, że racji nam brak tu, tam,
w ogródeczku, w kucheneczce, a za miedzą to już nawet nie powie? Olaboga, olaboga!

Otaczała go rzeczywistość straszna, bo tak mdła i wybladła, przeżarta przez miedź i zżółkła, sucha jak wiór godny miana jego posiłku. Tak właściwie, to nawet nie był głodny – kanonada kiszek, powstała z przymusu, z tego, że wypada, bo tak się powinno, bo tak się je. Czasem efekt bólu poalkoholowego dopadającego rankiem po wieczorku wyczekiwanym przez dób sześć, tym pięknym, wspaniałym, relaksacyjnym i jakże ambitnym.

Gdzieś w pół jednej czwartej kolejnego, obfitego kęsku listka płatkowego zerwanego z nie-kwiata kukurydzianego, zatęsknił za tym rodzajem bezdennego głodu, nadającego minimum trasy. Wziął wolne, pragnął spłynąć, spłynąć jak nigdy dotąd wodospadem do krainy chmielowej, z gracją
i elegancją godną człowieka jego miary – upity jak świnia, ale świnia nad świnie. Podróż w odmęty historii trwała i trwała, a on wertował obraz za obrazem, slajd za slajdem – telefon za telefonem, wykonywane, bez odpowiedzi. Umówił się z duszą pokrewną, nie przybyła, zabrakło jej formy, albo idei. Czasem miała po prostu te lepsze od jego pustej w swej obfitości. A samemu tak spływać
w nieznane? Sprawa niebezpieczna, warta pożałowania. Został tedy mistrzem w produkcji degrengolady intelektualnej – ćwiczył ją dzień w dzień, porankiem i wieczorem, wytrwale, przez cały czas swój wolny. Chciał nawet dobrych zawieść, pracę rzucić i wejść z nią na rynek – niestety, degrengolę dopadła klęska urodzaju, obrodziło i to u każdego, że nikt kupować nic nie chciał. Pozostał przy stukaniu.

Koszula – wyprasowana. Kapelusz – jest.
Pozwolili mu wrócić na stanowisko pracy, przed biurko, do pokoju jego własnego. Nie mógł wyjść nieprzygotowany, niegodny swego stanowiska. Toć to wyżyny naukowe, spać, jeść i pracować najeleganciej trzeba, a on ciągle o tym zapomina, tuk jeden, tuk! A srać, srać to już mu nie wolno, tfu, słowo obelżywe.

Usiadł a tysiące małych światełek rozjarzyły się przed jego twarzą. Nie było to nagłe, zwykła rutyna, program wykonawczy, złożony, system w trakcie uruchamiania swojego przekaźnika obrazu, konstrukcji niezwykle delikatnej, cali dwadzieścia pięć i pół. Potem pozostało już tylko stukać, stukać w klawisze, bezmyślnie, bezmózgo, nieść dumę rodzinie. Każdy tak głośny, nieznośnie morderczy – szczyt zdobyty raz po raz, wyżłobiony milijon kolejny! Sens i cel egzystencji, dzień
w dzień pracując, redagując, sklecając, paplomanię tworząc – bez sensu, dla sztuki, bez celu! Bo sztuka dla sztuki żyje, krytyk zje, widownia przeżuje, jej i tak nikt nie posłucha!

Tak myślał i myślał, aż dopadło go uczucie niespokojne, niczym wiór siadający głęboko na żołądeczku delikatnym, trujący i szkodzący, rozrywający flaczek za flaczkiem, wymagający upustu odpowiedniego. Była to pustka wypełniona najgorszego rodzaju złem i zgnilizną, od tak wielu lat go toczącą, upychana w worze nieszczelnym, przeciekającym, aże wreszcie pękł cały, w proch i pył zmielony, brudny, niedelikatny, obraźliwy dla całego swego jestestwa.

Do nozdrzy, tak szczelnie zamkniętych i nieczułych, dotarł smród egzystencji. Wszystko zaczęło się od niewinnego... Zaszczuty zwierz, szukający odpowiedzi, wiedzący-nie! Docierało to do niego ukrywając się zarazem, nie był w stanie tego pojąć, całe życie przed oczami, zgnilizna, trup, przeżarte mięsiwo. Tu prostata i nowotwór, grabarz stoi tam, po lewej...

Bezsilne...

...co dalej?!