Najnowsze posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty

Dwa lata później

Minęły dwa, piękne, długie lata od ostatniego okresu aktywnego publikowania tutaj treści. W międzyczasie próbowałem chwycić się kilku innych projektów, jak i zacząć budować fortunniej nazywającą się markę, jednak za każdym razem rozbijałem się o skały. A poprzez skały mam na myśli brak większych chęci, czasu i samozaparcia do wykonania tej najcięższej, początkowej fazy, przez którą każdy blog musi się przebić. Niezmiennie brakowało mi miejsca do publikowania swoich przemyśleń.
W ciągu tych dwóch lat do mojej skrzynki zdążyła napłynąć zaskakująca  liczba ofert współpracy ukierunkowanych na RÉALITÉ DE LA LEGENDE. Udowodniło mi to, że jednak nie pracowałem nad tym miejscem na marne i z czasem wszystko, nawet pozostawione samemu sobie, potrafi zaplusować. Zastanawiałem się wtedy co byłoby, gdybym jednak zdecydował się prowadzić bloga dalej, jedynie zmieniając założenia projektu. Ostatnio zaczęło mi się to wydawać wręcz atrakcyjne.

Dwa lata później, kilka głupich pomysłów dalej, parę certyfikatów do przodu i o jeden kubek kawy za mało postanowiłem, że jednak muszę wyżywać się artystycznie poza szufladą. Pisanie artykułów i tekstów na zlecenie to jednak nie to samo, co przelewanie stricte-własnej myśli na elektroniczny papier w swoim, internetowym kąciku. Poza tym chciałbym wreszcie odważyć się zrealizować swój własny podcast, który od lat chodzi mi po głowie, a takie idee wymagają bazy w postaci strony czy właśnie bloga.
Rzeczywistość-legenda znowu istnieje, choć w mniej sztywnej i sprecyzowanej formie. Oby tym razem bez przerw i dwóch usuniętych w międzyczasie blogów. Teraz wiem już coś o budowaniu marki.

Tęskniliście? Zakładanie, że ktoś w ogóle o tym pamięta jestem prawdopodobnie bardzo aroganckie, ale co tam. Wolę widzieć w tym nutę optymizmu! 
 http://bi.gazeta.pl/im/95/75/13/z20405909Q,Antoni-Macierewicz-i-Mariusz-Blaszczak.jpg
Jest prawdą, że mistrale zostały sprzedane do Egiptu i jest prawdą, że w ostatnich dniach zostały przekazane FR za jednego dolara. Ta operacja miała rzeczywiście miejsce
Antoni Macierewicz 

Ostatnie dni próbują nam usilnie udowodnić, że Francuzi to najgorsi z wrogów (a przy tym najbardziej niewdzięczni), których spotkaliśmy w ciągu swojej całej historii. Nie dość, że nauczyliśmy ich jeść widelcami to naród ten nie ma do nas z tego powodu za krztyny wdzięczności! Dziw, że mamy pretensje głównie do Rosjan oraz Niemców skoro tak wielki wróg nieopodal czyha od lat i knuje, i knuje... 


Dnia wczorajszego, czyli 25 października 2016 roku, minęło 365 dni od objęcia władzy przez formację dotąd opozycyjną - Prawo i Sprawiedliwość. Miała ona to szczęście, że udało jej się uzyskać większość konieczną do samodzielnego rządzenia, istny ewenement na polskiej scenie politycznej spowodowany stosunkowo niską frekwencją oraz niedostaniem się kilku formacji politycznych do parlamentu znikomymi zaledwie setnymi punktów procentowych. Starałem się podchodzić do działań tejże władzy z pewnym dystansem, dając im szansę i obserwując. Dziś nie będę jednak skupiał się na rozliczaniu ich z rządów, zrobiły to już wszelakie tygodniki z prawa jak i lewa, a osobiście mam dość tematu. 

Wspomnę tylko o jednym z największych skandali w polskiej dyplomacji ostatnich lat, który oddaje atmosferę owych rządów. 

Wszystko zaczęło się od propagandowego zerwania umowy na francuskie śmigłowce, Karakale, podpisanej i przybitej jeszcze za poprzedniego rządu. Minister Obrony Narodowej oświadczył i stało się, wystawiliśmy naszych partnerów handlowych do wiatru, staliśmy się punktem niesprzyjającym biznesowi, nieprzewidywalnym. Zamiast kapitału zagranicznego Antek postanowił postawić na polski - w końcu amerykański to i polski, nieprawdaż? Bo rodzimy kapitał wcale nie miał mieć udziału w konstrukcji za sprawą Łodzi (tfu, żydowsko-poniemieckie miasto!) w przypadku modeli zamówionych we Francji. 

W mediach zawrzało. Do Polski pofatygował się z nieplanowaną wizytą francuski Minister Spraw Zagranicznych, skandal był nieunikniony, aczkolwiek dało się jeszcze załagodzić jego skutki, zapobiec potencjalnej eskalacji. Wtedy okazało się, że i Bartosz Kownacki (wiceszef MON) poszedł w ślady swego przełożonego i okrasił jeden z wywiadów słowami:

"To są ludzie (Francuzi), którzy uczyli się jeść od nas widelcem parę wieków temu. Więc być może w taki sposób się teraz zachowują"

Kompletny brak wyczucia, smaku jak i znajomości protokołu dyplomatycznego, który powinien poskutkować natychmiastową dymisją  z powodu godzenia w interes Rzeczypospolitej Polskiej na arenie międzynarodowej. Niestety nic takiego się nie stało, a wręcz posunięto się do obrony stanowiska powyższego polityka. Skandal narastał, a w ramach reakcji francuski prezydenta François Hollande odwołał swoją wizytę w Polsce. Czy może być gorzej? Pomijając dodatkowe, pomniejsze reperkusje można było pomyśleć, że istnieje promyk nadziei, aby wreszcie wyjść na prostą.

Wtedy niezawodny Minister Obrony Narodowej rzekł słowa otwierające ten tekst, które pozwolę sobie przytoczyć ponownie: 

Jest prawdą, że mistrale zostały sprzedane do Egiptu i jest prawdą, że w ostatnich dniach zostały przekazane FR za jednego dolara. Ta operacja miała rzeczywiście miejsce


Francja oskarżona o podarowanie okrętów wojennych Federacji Rosyjskiej po tym, jak kilka miesięcy wcześniej odmówiła realizacji  zamówienia Rosjan na owe okręty z powodu konfliktu ukraińskiego i agresywnej polityki realizowanej przez Władimira Putina. Niestety, wbrew niuansom pana Antoniego mistrale wciąż pływają pod banderą egipską i nic nie zapowiada zmiany, szczególnie za tak śmieszną sumę. Jednakże nie zapominajmy, że władza nasza władzą wspaniałą i nietykalną, dlatego Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji Mariusz Błaszczak ruszył szefowi MON z odsieczą w słowach:


Niewątpliwie relacje rosyjsko-egipskie, relacje wojskowe są. Zakładam, że polski minister obrony narodowej, poprzez swoje wypowiedzi, doprowadził do tego, że taka groźna transakcja nie będzie miała miejsca. Mam nadzieję, że strona rosyjska zadeklaruje, że nie pozyska tych okrętów.

Dziękujmy losowi za tak zapobiegliwego cudotwórcę jakim jest Antoni Macierewicz! Ratuje ojczyznę i świat przed nieuczciwymi transakcjami od lat!

Relacje polsko-francuskie i ich aktualny stan idealnie oddają tragizm pierwszego roku rządów Prawa i Sprawiedliwości. Sądzę, że niepotrzebny jest temu większy komentarz - pozostaje obserwować i mieć nadzieję na prędki koniec tej niezwykle szkodliwej farsy. 
Wreszcie broń jądrowa (...). Do chwili obecnej tak gwałtownie się rozwinęła, że zanegowała samą siebie, przeistoczyła się w antybroń, antyśrodek militarny. Jest środkiem śmiertelnym obosiecznie: użycie jej oznacza samozagładę, niszczy nie tylko przeciwnika, ale i tego kto jej użył. 
Stanisław Koziej "Teoria sztuki wojennej"  
Dzień w dzień media biją nas po głowie kolejnymi wojennymi nagłówkami i hasłami, reklamują swoje teksty, tak chwytliwe i ponoć pożądane przez dziatwę wedle socjologów. Mamy za sobą lata niedocenianej prosperity osiągniętej za sprawą Pax Europaea, pokoju kluczowego oraz koniecznego, gdyż konstruktywnego z natury. Stabilność polityczna regionu stanowi podstawę naszego dobrobytu, umożliwia spełnianie marzeń, rozwój, względnie godziwy byt. Wojny natomiast niszczą i dzielą czyniąc nieodwracalne szkody, zabijając bliskich, zaklinając rzeczywistość nie do poznania. Z ironicznym spokojem możemy określić je jako wizualizację piekła na ziemi, najgorszy z naszych koszmarów, który dziś pozornie zapowiada wkroczenie do naszej rzeczywistości. 

Spróbujmy wyobrazić sobie zapach krwi o poranku - szumi nam w obolałej głowie, jesteśmy zdezorientowani a lęk natychmiastowo podchodzi nam pod gardło. Gdy kładliśmy się spać panowała wszechogarniająca cisza zaburzana jedynie przez rytmiczne "tik-tak", zmęczeni zastanawialiśmy się nad kolejnym dniem pracy bądź nauki, natłokiem nieznośnych, monotonnych obowiązków, z którymi walki wymagała od nas rzeczywistość. Być może jednak zastanawialiśmy się wtedy nad czymś ekscytującym i pięknym? Awans bądź ślub córki - to wszystko przestało mieć jakiekolwiek znaczenie w ułamku sekundy, niezależnie od nas, wbrew nam, za sprawą rozkazu kilku dygnitarzy zwących się władzą. Budzimy się razem z hukiem i skowytem syren, bezradni obserwując dorobek naszego życia popadający w ruinę. Ogródek? Teraz to tylko kolejny lej po bombie pozostały nam po nalotach, nieodwracalna rana zadana ziemi jak i pamięci. Co stało się z domem, na który pracowały pokolenia? Kilka minut zadecydowało o jego destrukcji, płomienie dokończyły dzieła. Gdy próbujesz dotrzeć do sypialni swojej matki napotykasz tylko gruz i wypływającą spod niego krwawą plamę. Jest już tylko śmierć i cierpienie, nie ma pracy ponieważ wojna nie sprzyja biznesowi (w większości), stare zmartwienia stają się błahe. Jak zdobyć pożywienie, gdy brakuje go w sklepach, gdy ziemia uprawna zamienia się w pobojowiska i pola bitew, gdy nie ma komu uprawiać roli? Pojawiają się niepojmowalne jak dotąd problemy z wodą pitną, a co dopiero wspomnieć o medykamentach, środkach higieny. Szerzą się zarazy a ludzie zaczynają umierać z powodu chorób, które od lat zdawały się  nie być już niczym ponad delikatne utrapienie. Z dnia na dzień odcięli nas od elektryczności, ucichły wszelakie telefony, zamarł ruch w sieci. 

Każdego dnia wypatrujemy informacji o naszych ojcach jak i synach martwiąc się o ich los. Poszli walczyć za ojczyznę, w nasze imię i w naszej obronie, bić chłopców równie młodych i niewinnych - wypełniających jedynie wolę polityków. Polityków, którzy dawno temu już zdążyli uciec z dala od frontu i zaszyć się ze swoimi majątkami w bezpiecznych rejonach świata. Czasem brak wieści zdaje się być gorszy od tych najczarniejszych - nadzieja miesza się z niepewnością zamieniając się przy tym w gorycz. Kolejni, przyszli nastoletni bohaterowie, oddają swe życia i zostają ochrzczeni nowym pokoleniem kolumbów. 

Czekać nas może jednak coś nieporównywalnie gorszego, coś co zaprzepaści nadzieję przyszłych pokoleń na zaistnienie, posiadanie jakichkolwiek warunków do życia. Dysponujemy technologią zdolną wypalić życie z naszej planety, uczynić ziemię niezdatną do użytkowania, pozbawić życia miliardów. W takiej sytuacji moglibyśmy już tylko twierdzić, że największe szczęście posiadali ci, którzy wyparowali w ciągu pierwszych sekund eksplozji. Pobłogosławieni przez atom końcem w ułamek sekundy, być może nawet nieświadomi tego, co się z nimi działo. 

Ale czy to scenariusz konieczny, czy naprawdę musi do tego wszystkiego dojść? Coraz częściej słyszę, że balansujemy na krawędzi nowego konfliktu, który strawi w swych płomieniach cały świat. Niezliczone rzesze ekspertów uznają najczarniejszy scenariusz za niezwykle prawdopodobny, przytakują im militaryści i przyklaskują media. Temat jest poczytny, ponoć młoda krew domaga się konfliktu, którego wybuch przyniesie im chwałę.

To samo myśleli rekruci wędrujący na fronty I wojny światowej, często to samo skłania ludzi do dołączenia do tzw. ISIS - łatwa chwała, możliwość wzbogacenia się i zyskania miejsca w historii pozornie łatwym czynem. Pozornie. Prości ludzie umierają na wojnach, a jedynymi beneficjentami pozostają korporacje oraz rządy, które wyszarpią nowy kawałek ziemi bądź przedłużą swa kadencję przy pomocy zwycięstwa. Cóż lepiej sprzedaje się w trakcie konfliktu zbrojnego niż broń bądź medykamenty?

A po samej wojnie nastaje okres biedy i nędzy, zasklepiania się ran, które już nigdy nie znikną. Do końca życia z traumą, być może skazani na antydepresanty, być może już na zawsze wykluczeni ze społeczeństwa po utracie wszystkiego i dołączający do fali samobójstw. Nawet weterani wojenni zaczynają się wtedy martwić o swój los - historia mnoży nam bezlik przykładów.

Na szczęście jednak nie prezydent czy rząd, nawet nie wojsko a społeczeństwo jako-takie kreuje państwa. My, obywatele świata, a nie wola biznesu. Naszym zadaniem byłoby umieranie za ich interes, więc to my możemy dać im jasno do zrozumienia, że wcale nie mamy zamiaru tego robić. Wszystko wciąż znajduje się w naszych dłoniach, wbrew kreowanym przez media nastrojom, wbrew napiętej sytuacji. Póki możemy musimy głośno i wyraźnie krzyknąć - nie! Nie dając sobie wciskać tych wszystkich bzdur do gardła i udowadniając, że jako społeczeństwo mamy odmienne zdanie na temat wojny totalnej. Za co tak naprawdę Polak powinien nienawidzić Niemca czy Rosjanina? Za głupotę i okrucieństwo ich rządów? Możemy mieć jedynie pretensje o to, że nie potrafili ich powstrzymać w porę jak i pretensje do samych siebie o to, że pozwoliliśmy naszym reprezentantom wspierać ich na różnorakie sposoby, paraliżować odruchy zapobiegawcze. Kształtujemy świat, pamiętajmy o tym idąc do urn wyborczych jak i pamiętajmy, że to my jesteśmy w stanie naprawić swoje błędy. Generalnym strajkiem, protestami - bo to od nas, od tych przeklętych mas, zależą losy świata. Nie od kilku głupców, którzy zagarnęli odrobinę władzy oszukując swoich wyborców. 

Źródło: http://www.deviantart.com/art/Apocalypse-reworked-201799413

.

Bo zasady trzeba mieć! 

Źródło: PAP
Przy okazji meczu polska-niemcy we wsi pod Radomiem doszło do brutalnej ustawki pomiędzy kibicami. Wedle relacji walczył każdy z każdym, a raport miejscowej policji podkreśla, że całe zajście "Nie miało najmniejszego sensu i było złośliwą akcją mającą na celu odebranie funkcjonariuszom policji możliwości kibicowania polskiej drużynie w tym niezwykle ważnym wydarzeniu sportowym". Naszym reporterom po długich poszukiwaniach udało się dotrzeć do jednego z uczestników walki i zapytać go o to kto z kim i dlaczego się bił. Sebastian (18 l.) odpowiedział, że: 
- Wie, k**wa, pani, tu nie chodzi, k**wa o to, kto z kim. Ch*jów i s***wieli trzeba napi***alać, zasady jakieś k**wa mieć. 
Tak więc poszło o zasady. Niestety pan Sebastian zorientował się z jakim medium ma do czynienia i dosadnie odmówił przeprowadzenia dalszej części wywiadu. Sprawa została przekazana detektywowi Rutkowskiemu do rozwiązania. Wedle relacji świadków po całonocnym boju o świcie wszyscy rozeszli się do swoich domów. 

Sąd nakazuje wycofanie książki ze sprzedaży na życzenie polityka

Źródło: gandalf.com.pl
Książka "Fakt. Tak było naprawdę" Grzegorza Jankowskiego wkrótce zniknie ze sprzedaży. Taką decyzję, na wniosek Edmunda Krasowskiego (bliskiego współpracownika Nadprezesa i Nadnaczelnika naszego kraju) wydał Sąd Okręgowy w Warszawie. Sam autor książki, jak i jej wydawca, dowiedzieli się o całym zamieszaniu słysząc sądowy nakaz. Skąd cały problem? Grzegorz Jankowski opisał w swej książce jak Jarosław Kaczyński telefonował do niego z prośbą, aby nie publikować informacji o tym, że Edmund Krasowski został zatrzymany za jazdę samochodem po alkoholu. Pan Edmund twierdzi jednak, że cała sytuacja dotyczyła zupełnie innego polityka i zgłosił się do władzy sądowniczej, aby na tej podstawie zabezpieczył powództwo i nakazał wycofanie książki ze sprzedaży. Wydawnictwo "The Facto" zapowiada konsultację z prawnikami i niepodejmowanie żadnych innych działań do tego czasu. Autor książki podtrzymuje autentyczność opisanych zdarzeń i nie ma zamiaru zmieniać ich wersji. To jest prasówka i żadna informacja znajdująca się w tym "newsie" niestety nie została zmyślona. 


Dramat polskiego komika. "Sejmowa konkurencja pozbawiła mnie pracy!" 

Źródło: wf1.xcdn.pl
Polska branża komediowa od wielu lat narzekała na niezwykle silną konkurencję państwową z ulicy Wiejskiej w Warszawie. Jak wypowiada się jeden z kabareciarzy, proszący o anonimowość:
- Od zawsze mieliśmy z nimi problemy, ale dało się przeżyć, od pierwszego do pierwszego starczało. Ale odkąd opozycja i władza zamieniły się rolami na nasze występy prawie nikt nie przychodzi! Głodujemy, jak tak dalej pójdzie to wszyscy wypadniemy z branży!
Postanowiliśmy przeprowadzić konsultacje społeczne w tej sprawie, jedną z bardziej powszechnych opinii była ta przedstawiana przez pana Janusza:
- A ja to tam wolę jak ten kabaret z wiejskiej puszczają. Zawsze jakieś niestandardowe żarciki, twarze jakieś podobne i wiem za co płacę! Poza tym wyobraź sobie pan, że sam aktorów mogę wybrać, a nie jakiegoś A******* G*** co papieża obraża, tfu! Wcześniej to nie bo więcej komunistów grało, ale teraz, proszę pana! Teraz to z Grażynką codziennie oglądamy! 
Przedstawiciele aktualnych władz oraz opozycji odmówili komentarza w tej sprawie. Plotka głosi, że są zbyt zajęci wyprowadzaniem zysków ze spektakli do rajów podatkowych, aby udzielić odpowiedzi. 
*Zmieniamy formę, czyli styl podsumowania przejmuje treść. Jak usłyszałem swego czasu przed egzaminem z logiki - "enjoy!"

.

Rząd ogłasza program 7h+ w celu ratowania "Wiadomości"

Źródło: tvp.pl
Rząd zapowiada wprowadzenie nowego, rewolucyjnego programu "17h+", który ma na celu uratowanie spadającej oglądalności TVP. Publicznie wypowiedziała się na ten temat pani premier Beata Szydło "Jedną z najbardziej poszkodowanych przez rządy PO-PSL grup po rodzicach jest właśnie telewizja publiczna. Dlatego właśnie mój rząd pracuje nad programem pokrewnym dla 500+, czyli 7h+. Pamiętajmy, inwestycja w telewizję to inwestycja w przyszłość partii i narodu. Dobra zmiana już wkrótce w każdym odbiorniku, tak jak państwu obiecałam tak robię". Rewolucyjne 7h+ (nazwa od minimalnej liczby godzin, którą obywatel powinien spędzić przed odbiornikiem) zakłada uruchomienie Rady Nadzorczej przepytującej obywateli z tygodniowej treści "Wiadomości". Niestety, eksperci wyrażają obawy, że z powodu działalności Newsweeka, który rozpracował klucz odpowiedzi, nieuczciwe osiągnięcie 50% zaliczających stanie się możliwe bez obejrzenia chociaż jednego programu informacyjnego.

Wojsko przetransportowało pomnik wbrew protestom Nieba

Źródło: wyborcza.pl
Niebo wystosowało oficjalną depeszę dyplomatyczną do polskiego rządu protestując przeciwko bezprawnemu postawieniu pomnika Wdzięczności w Poznaniu. Mimo to Antoni Macierewicz stwierdził, iż "Pomnik w Poznaniu stanie i basta! Nie damy się zastraszyć środowiskom antypolskich cyklistów i ich machlojkom". Jak powiedział minister tak zrobił i wyznaczył wojskowych do ochrony transportu. Niebiańska Ambasada w Watykanie zdążyła już wydać komentarz w tej sprawie zapowiadając liczne sankcje w postaci deszczu ognia, silnych wiatrów, suszy oraz trzęsień ziemi. 

Szok antysystemowca! Odkrył, że komunizm upadł 27 lat temu!

W trakcie rozmowy z dziennikarzem poseł Kukiz'15 Marek Jakubiak przeżył ciężki szok. Dowiedział się, że pierwsze, wolne wybory odbyły się w Polsce 4 czerwca 1989. Początkowo nie dowierzał mamrocząc coś pod nosem na temat sensu swojego życia i wejścia do polityki po czym omdlał. Po przewiezieniu do szpitala i ocuceniu kilka dni później zapowiedział obciążenie dziennikarza kosztami leczenia psychiatrycznego z powodu stanów depresyjnych, które się u niego objawiły. Pan poseł zapowiedział również poważną rozmowę z Pawłem Kukizem na temat sensu istnienia Kukiz'15. 

Była to notatka eksperymentalna, od następnego tygodnia znowu powróci formuła pięciu newsów. 

*Wszystkie powyższe informacje zostały zmyślone, są jedynie inspirowane zdarzeniami prawdziwymi tworząc w efekcie swoistą satyrę. Nie należy ich brać w pełni poważnie. 
.
Swego czasu bylem zirytowany stosunkowo popularną notatką na temat zarobków na YouTube. Dlaczego? Była ona napisana niedbale i nie zawierała przy tym żadnych, konkretnych danych. Dlatego dziś poruszę ten jakże "wdzięczny" temat na podstawie zrobionej trzy lata temu statystyki, która daje do myślenia w przypadku przełożenia na dzisiejsze realia. 

Z góry ostrzegam, iż są to dane aktualne na dzień 17.07.2012, czyli czas gdy magiczną granicą było dla YouTube w Polsce osiągnięcie 100 000 subskrypcji. Nie umniejsza to jednak swoistej wartości edukacyjnej tych danych w kwestii realiów monetyzacji AdSense. 

Są to dane miarodajne i interesujące pod kątem realiów Polskiej sceny YouTube. Statystykę tworzą wyniki około 30 twórców z Polski, którzy tworzą swoje materiały w języku polskim i kierują je głównie na rejon Polski. 

W statystyce zawarte są informacje pochodzące od twórców małych, posiadających raptem kilka tysięcy subskrypcji, jak i od twórców dużych, którzy przekroczyli granicę stu tysięcy i byli ówcześnie najpopularniejszymi twórcami YouTube w Polsce. Byli to głównie twórcy tworzący materiał dotyczący gier komputerowych oraz kilku vlogerów. 

Z powodu zmiany realiów od czasu utworzenia statystyki oraz kolosalnych różnic pomiędzy indywidualnymi twórcami YouTube nie należy traktować tego jako wartości odnoszących się do wszystkich. Jest to jedynie specyficzna średnia dająca pogląd na ogół sceny YouTube,  ale niemająca odniesienia do losowych jednostek indywidualnych.

Zyski podawane są w stosunku do średniej ilości wyświetleń potrzebnej do wygenerowania 1000 euro. Przejdźmy wreszcie do suchych liczb.

Na rok 2011 średnią wyników było 1000€ (euro) na 2 400 000  wyświetleń. 
Na rok 2012 średnią wyników było 1000€ na 2 000 000 wyświetleń.  

Był to dynamiczny wzrost, który (patrząc na dzisiejsze realia YouTube) prawdopodobnie się utrzymał, jednakże jest to czysta spekulacja autora bloga niepodparta żadną statystyką. Ponownie wracając do sprawdzonych liczb.

Najlepszym wynikiem realnie zarabiającym na dzień 17.07.2012 osiągniętym przez twórcę, który był bliski przekroczenia granicy 100 000 subskrybentów było 1000€ na 1 500 000 wyświetleń. Był to wynik dość imponujący i należący do kanału, który rozwijał się w tamtym okresie dynamicznie. 

Najlepszym wynikiem  na dzień 17.07.2012 okazał się uśredniony wynik vlogera, który z reguły ledwo osiągał granicę wypłat. Jeśli wraz ze wzrostem jego widowni tendencja utrzymałaby się to miałby on szansę zarobić 1000€ na 600 000 wyświetleń. 

Najgorszym wynikiem, który należał do jednego z ówcześnie największych twórców YouTube, było 1000€ na 4 300 000 wyświetleń. 

Średnim wynikiem  na czerwiec 2012 było 1000€ na 1 700 000 wyświetleń. 

Z ciekawostek, które nie mają ugruntowanego potwierdzenia w grupie statystycznej, materiały, które zostają wrzucone na Wykop czy JoeMonster i w efekcie popularyzacji zdobywają więcej wyświetleń często zarabiają mniej. Dlaczego? Wyświetlanych jest wtedy mniej reklam, a więc generowanych jest mniej kliknięć, które zapewniają zarobek twórcy. Z ogólnych spostrzeżeń BrzydkiegoBuraka wynikało, że spadek generowanych zysków przez materiał w stosunku do ilości wyświetleń może wynieść nawet 40%, choć średnio oscyluje on dookoła 23-25%. 

Co ze współpracą z korporacjami zamiast AdSense? Na dzień 17.07.2012 różnica w zysku z reklam była niewielka i z reguły było to około 10% na minus dla twórcy YouTube, szczególnie w kwestii korporacji polskich. Symboliczne zyski na plus gwarantowały głównie korporacje zagraniczne. Biorąc pod uwagę dzisiejsze wpływy i zasięg korporacji na YouTube, szczególnie polskich, są to dane w pełni zdezaktualizowane. Współpraca z pośrednikami musiała stać się naprawdę opłacalna w ciągu ostatnich 3 lat prawdopodobnie ze względu na dodatkowe zyski barterowe oraz kwestie marketingowe. 

Statystyka ta została stworzona przez autora kanału  BrzydkiBurak w ramach "projektu" Dupa Słonia (jeśli ktoś nie rozumie i uznaje to za wulgarne proszę kliknąć tutaj i się wyedukować), ja jedynie postanowiłem wyodrębnić najważniejsze informacje z niej. Osoby zainteresowane sprawą powinny udać się do powyższych źródeł, znajdą tam więcej informacji statystycznej.

Dzisiejszą magiczną granicą jest 1 000 000 subskrypcji, a czołowi twórcy YouTube potrafią wygenerować ponad 40 000 000 wyświetleń miesięcznie. Stawka 1000€ na ilość wyświetleń uległa zapewne dynamicznej i nieprzewidywalnej zmianie, szczególnie, że od zawsze była ona silnie zindywidualizowana. Dzisiejszy YouTube generuje dodatkowe zyski za pomocą materiałów sponsorowanych oraz lokowania produktów. Powyższa notatka dotyczyła jedynie zarobków pozyskiwanych z reklam wyświetlanych przy materiałach twórców.


Wielki Szu
Myślę, że każdy posiada filmy, z którymi sympatyzuje bardziej niż mniej. Sam dzielę je na specyficzne kategorie, które nie rywalizują ze sobą o miejsce w moim sercu i pamięci. Mam swoje ulubione dzieło s-f, mam swoje ulubione filmy klasy B, mam ulubione twory XXI wieku, a idąc za tym mam też ulubione polskie filmy z okresu... PRL-u! Podejrzewam, że część z was, moi drodzy czytelnicy, słyszała o niektórych z nich, a być może nawet je oglądała. Dziś skupię się właśnie na kilku dziełach z tej ostatniej grupy, temat może nie najpopularniejszy, ale za to silnie sentymentalny. 

Dlaczego wgryzałem się w kinematografię peerelowską? To część naszej kultury, a co za tym idzie i naszej historii. Niosą za sobą nieraz ładunek pozytywnych wartości, przekazów, pozwalają nam lepiej zrozumieć naszych rodziców i dziadków, a  na dodatek bywają niedoścignioną parodią ówczesnych realiów. Poza tym nie da się ukryć, że jest to kawałek kina na stosunkowo wysokim poziomie podług jego dzisiejszego stanu w naszym kraju. 

"Wielki Szu" (1982) w reżyserii Sylwestra Chęcińskiego od lat pozostaje moją ulubioną pozycją z tamtego okresu. Historia oszusta-hazardzisty, który wyrobił sobie opinię najlepszego pokerzysty w fachu, jednak w końcu "trafił na swego" i wylądował w więzieniu. Gdy odsiedział karę i chciał wrócić do swej rzeczywistości, zacząć wszystko na czysto, okazało się, że nie ma już do czego. Tutaj zaczyna się opowieść jego dalszych losów i starań, którą poznać można dopiero oglądając to dzieło. 

"Śmierć prezydenta" (1977) w reżyserii Jerzego Kawalerowicza to świetnie opowiedziana historia wyboru na prezydenta i zamordowania Gabriela Narutowicza. Podchodzę do niej z delikatnym dystansem, wkradło się do tego filmu konieczne minimum propagandy, aczkolwiek opisywane w nim wydarzenia naprawdę miały miejsce. W Polsce po odzyskaniu niepodległości wrzało, a reżyser nie szczędził sobie trudu, aby ukazać ten stan rzeczy. Najbardziej przerażający jest jednak fakt jak silne odbicie dnia dzisiejszego da się zauważyć w nastrojach naszych pradziadów jak i ich ojców, o których prawi film. 

"Popiół i diament" (1958) w reżyserii Andrzeja Wajdy jest najczystszą klasyką naszej szkoły filmowej. Wojna dobiegła końca, jednakże podziemna Armia Krajowa nie odpuszcza i postanawia walczyć z komunistami, których uznała za nowych okupantów. Film ten ukazuje rozterki młodego człowieka, duchem tak sędziwego z powodu doświadczeń wojennych, który zaczyna wątpić w sens prowadzenia dalszej walki. Widzi ilu jego przyjaciół zdążyło zginąć, wątpi sam będąc postawionym w sytuacji tragicznej. 

"Miś" (1980) w reżyserii Stanisława Barei to prawdopodobnie najlepsza komedia z tamtego okresu. Groteskowe i pełne paradoksalnych sytuacji życie prezesa klubu "Tęcza" to mistrzowskie ukazanie PRL-u w krzywym zwierciadle. Absurdalne sytuacje w barach mlecznych, sklepach czy urzędach to jedynie ukazanie polskiej codzienności w czasie, gdy przegniły już korzenie ustroju komunistycznego, a on sam zaczął chylić się ku upadkowi. 

Filmów, które mógłbym wymieniać jest bezlik. Samej twórczości Stanisława Barei z wielką chęcią poświęciłbym iście książkowy metraż jako człowiek zafascynowany nim od dziecka.  Pozwolę sobie jednak uciąć temat w tym momencie, zaintrygowany waszymi opiniami na temat tamtego okresu historycznego w polskim (i światowym, tak dla czytelników zagranicznych) kinie. Przepadacie za nim, nie znacie go, a może po prostu unikacie?

Na sam koniec linki do tych filmów, które są dostępne legalnie do obejrzenia w sieci (specyfika licencji). 


Wielki Szu

Śmierć prezydenta


Źródło: blog.bufferapp.com
Żyjemy w wieku pozbawionym twardych autorytetów. Objawy tego stanu są smutne i niezwykle widoczne, gdy pytamy młodych o ich "idoli życiowych". O kim usłyszymy w Polsce? "Za moich czasów" niczym formułę recytowano Jana Pawła II, Jurka Owsiaka, Józefa Piłsudskiego, a okazyjnie trafiała się jakaś inna postać, czasem podawano rodziców, bliskich. Ile było w tym jednak prawdy? Milczenie lub dukane z trudnością ogólniki na temat cech charakteru owych postaci rozwiewały wątpliwości i odpowiadały - niewiele. Powracamy tu, tak na dobrą sprawę, do kwestii cierpkiego określenia jakim staje się "Pokolenie Y". Dorwała nas przepaść cywilizacyjna, zgubiliśmy się, a pustka zieje, zieje i pcha ku radykalizacji oraz jeszcze głębszego limbo. Autorytet zastąpiony został przez idola. 

Sekret klucza odpowiedzi tkwi jednak w rozróżnieniu padających tu pojęć - kim jest idol, a kim jest autorytet? Niektórzy traktują ich definicje zamiennie, szczególnie w dzisiejszych czasach, co kultywuje problemowi i jest potwornym błędem. Idol to osoba będąca obiektem szczególnego podziwu, nieraz graniczącego z sakralnym, czyli wręcz ubóstwiana. Definicja bierze się z genezy tego słowa, które dawniej oznaczało wyobrażenie istoty bóstwa przez czczący go kult. Autorytet jest natomiast jednostką obdarzoną niezwykłym szacunkiem, często w obrębie jakiejś grupy, i uznawana za wzór do naśladowania. Duża różnica, nieprawdaż? Drugie z pojęć, niezwykle ważne, a tak mało wyraziste wobec idola w dzisiejszym świecie, idola który doskonale zapełnia zastałą "pustkę". Fakt, Józef Piłsudski może być świetnym autorytetem, ale czy w XXI wieku ma szansę stać się również idolem? Szczególnie, że druga grupa została zarezerwowana dla gwiazd i twórców YouTube. Niestety, im często brakuje kompetencji do kreowania "misji społecznej" i świecenia wzorcem, nie to się dla nich liczy.

W przypadku autorytetu nie mówimy o pogoni za sławą czy pieniędzmi, co nie wyklucza z tej grupy rekinów biznesu. Ludzie ci zostają wzorcami poprzez swoją postawę życiową, decyzje i osiągnięcia, reprezentując swym żywotem coś wartego naśladowania. Nieraz zostają arcymistrzami w swojej dziedzinie, niczym profesor Jan Miodek, którego poloniści dzień w dzień potrafią zalewać stertą listów z pytaniami natury językowej. 

Współczesny idol buduje swój "kult" widząc w tym sposób na zgarnięcie większych zysków ze swojej działalności. Liczy się kontrowersja, a nie przekazanie treści, liczy się rozgłos i oglądalność. Pieniądze muszą się zgadzać, a to, że przy okazji zaszkodzi się sporej grupie ludzi nie ma znaczenia do momentu, w którym pozostaje na szczycie. Niewiele w tym kultury czy wiedzy, a stanowiska w dyskusji nieraz zawiera w celu zaskarbienia sobie sympatii grupy bardziej koniunkturalnej, większej. Niewiele w tym osiągów przeszłości i proludzkiej postawy, więcej natomiast egoizmu w ramach "tu" i "teraz". Oczywiście wciąż istnieją chlubne jednostki, które balansują na cieniutkiej granicy i dbając o rzetelność - niestety mowa tu o mniejszości. Mniejszości niezwykle marginalnej w Polsce.

Spotkałem wielu pedagogów, którzy potrafili postawić idola na równi z autorytetem jako wygodny zamiennik pojęciowy. Moim zdaniem obie te "instytucje" (idol i autorytet) wymagają głębokich reform pojęciowych, które pochłoną lata pracy u podstaw, jeśli chcemy dowiedzieć się, w którym kierunku wieje wiatr zmian. Choć, może wbrew prognozom i panice psychologów, przyniesie on coś dobrego? Na dzień dzisiejszy jednak powinniśmy umieć rozróżnić te dwa byty i ostrożnie podchodzić do traktowania ich jako synonimów.

Wielkimi krokami zbliża się pokolenie narcyzów, którzy "hejt" będą w stanie wynieść poza internet. W końcu tego się nie sankcjonuje, to normalne i powszechne, tak w ślad za idolami. Oni mogą, to ja nie mogę?
Źródło: puketeschoollibrary.com
Tematyka moim zdaniem niewygodna i perfidna, czyli spadające na łeb na szyję czytelnictwo w naszym kraju. Co wywołuje taką tendencję? Czy tyczy się to również blogosfery i prasy? A może to po prostu smutna era upadających bibliotek i chowanych po kątach ebooków? Na usta ciśnie mi się masa odpowiedzi zbyt optymistycznych, sprzecznych z rzeczywistością, dlatego nie przedłużajmy. Czas rozpocząć rozważania, czas poszukać odpowiedzi.



Liczby mówią za siebie

Wedle najnowszych badań przeprowadzonych przez Bibliotekę Narodową zaledwie 37% Polaków przeczytało w 2015 roku przynajmniej jedną książkę. Jest to przerażająca wiadomość, która skrywa za sobą informację o 20 milionach naszych rodaków, którzy nie tknęli w ubiegłym roku ani jednego dzieła literackiego. Co gorsza silnie koreluje to z kwestią chociażby prasy - ktoś, kto nie czyta książek nie sięga również po publicystykę tego typu. 

Jak wypadamy na tle Europy? Najzwyczajniej w świecie kiepsko. W państwach Europy Zachodniej próg czytelnictwa regularnie przekracza 50%, a w przypadku jednego z naszych sąsiadów, Czech, normą jest nawet próg 80%. Imponujące, nieprawdaż? Być może zamiłowanie literackie również wspiera słynny, narodowy dystans Czechów do świata oraz idący za nim czeski humor.  

Aż 18% populacji naszego kraju przyznaje, że nigdy nie sięgnęło po ani jedną książkę. Z jednej strony traktuję to jako wynik zatrważający, choć z drugiej strony "pocieszający" względem statystyki dotyczącej czytelnictwa corocznego. Co jednak z resztą? Ponad 50% ankietowanych przyznaje, że książki budziły ich zainteresowanie jedynie w trakcie edukacji, choć zainteresowanie może być tutaj złym słowem. Sięgali po nie z konieczności, tylko po to, aby następnie odrzucić je do lamusa, nieraz uznając literaturę za "stratę czasu". 

Skąd jednak cały ten problem?

Z samych badań nasuwa się jeden wniosek - zazwyczaj to czytelnicy wychowują czytelników. Nie bez znaczenia pozostają również wzorce ukazywane nam przez media i kulturę masową. Przez Polskę w ostatnich wiekach przetoczyła się niejedna zawierucha, nie oszczędzając przy tym księgozbiorów, wśród wielu rodzin wykorzeniając w ten sposób nawyk czytelnictwa. Domowe biblioteczki przekazywane z dziada pradziada przepadły, a obraz "dziadka z księgozbiorem" zniknął z mentalności społecznej. Została po nim tylko biała plama.

Doświadczenie PRL-u również zrobiło swoje, często oferując marnej jakości "literaturę piękną", która nasączona socrealizmem i propagandą dla wielu stała się po prostu odrzucająca. Pokolenia czytelników wymierają i ustępują miejsca tym, wśród których ich ziarno nie obrodziło aż tak licznie. Na ironię mamy o wiele większe możliwości w tej materii (łatwiejszy dostęp do książek) aniżeli nasi przodkowie, którzy z reguły z przyjemnością zanurzali się w lekturze. 

Pochylmy się jeszcze nad nieszczęsnym zjawiskiem zwanym "mass media" i zadajmy sobie kilka pytań na jego temat. Jacy bohaterowie serialów czytają książki? Jak często ten motyw przeplata się w kinematografii czy w radiu? Czy widać, chociażby ukrytą, reklamę nawyków literackich w dziełach masowych? Na to odpowiedzcie sobie już sam. 

Miłość do książek zaszczepiła we mnie rodzina - zaczynając od mamy,  a na kuzynostwie kończąc. Myślę, że nieustannie rosnące zbiory literatury pięknej (i nie tylko) w naszych domach to powód do dumy. Mowa tu o czymś więcej niż o dziełach świeżo wydrukowanych i sprowadzonych z księgarni, oszczędzając da się wyłowić prawdziwe perełki również w antykwariatach. Chyba, że to tylko moje szczęście do świetnie wyposażonych łódzkich placówek tego typu, a w taką wersję po prostu nie uwierzę. 

W mojej wyobraźni jeden z kluczowych motywów stanowi ogromna biblioteka z wielometrowymi regałami pnącymi się w górę i ginącymi w ciemności. Panuje w niej półmrok, a ciszę przerywa jedynie szelest papieru do spółki z cichym potrzaskiwaniem żarówek. W powietrzu unosi się zapach starych, wiekowych ksiąg, a cała wiedza jest na wyciągnięcie ręki. Pozostaje ją tylko złapać i przyswoić... 


"Mniej polityki, więcej przyjemności!" parafrazując odrobinę cytat z serialu  "Doktor House". Myślę, że powinno to oddać nastrój dzisiejszej prasówki, a wielu odetchnie dzięki temu z ulgą. Nie przedłużam i po prostu zapraszam do lektury! 


Instagram i (r)ewolucja

Źródło: polityka.pl
Zmiana tak charakterystycznego logotypu zawsze będzie uchodziła za ruch co najmniej ryzykowny, aczkolwiek niewielu to zaskakuje. Odkąd Mark Zuckerberg (twórca Facebooka) wykupił Instagram rok temu zdążono dodać szereg opcji - wprowadzono reklamy, nowe filtry, możliwość wstawiania krótkich filmików. Zmiana layoutu to zwyczajne dodanie kropki nad "i", a przyjęty w nim styl retro może się tylko przysłużyć serwisowi - mainstream to kocha. 

Starość przychodzi po nas później

Źródło: 1x.com
Marist College przeprowadziło w Nowym Yorku badania dotyczące sposobu odbierania przez nas ludzi mających 65 lat na karku. Co ciekawe wynika z nich, że większość korespondentów (w tym sama grupa poddawana "badaniu") uznaje ten okres za wciąż trwający wiek średni, twierdząc, że starość przychodzi dopiero po 70 roku życia. Biorąc pod uwagę amerykańskie realia, w których mężczyźni dożywają średnio prawie 79 lat, a kobiety 81, trudno byłoby z tym debatować. W Polsce rozwija się aktualnie podobna tendencja, jednakże wyciągnięcie bliźniaczych wniosków mogłoby zostać przez wielu uznane za zwyczajną obrazę, szczególnie w kontekście debaty na temat wieku emerytalnego. Niestety jeszcze wiele brakuje nam do realiów USA, a osobiście mam wrażenie, że Polacy pod natłokiem pracy starzeją się mentalnie coraz szybciej, zmęczeni, zgorzkniali, mający dość. 

Dwie Beaty w czerni

Premier rządu Beata Szydło, razem z Beatą Kempą, postanowiła odwiedzić papieża Franciszka w celu przedyskutowania kwestii Światowych Dni Młodzieży. Tak naprawdę niewiele wiadomo na temat samego spotkania i mających miejsce w trakcie owego ustaleń, większość źródeł wspomina tylko  ŚDM, niektóre napominają coś o tym jakoby papież miał wspomnieć kwestię uchodźców, niezwykle dla niego ważną. Pozostanie nam jedynie swoisty niesmak z powodu niekoniecznie udanej kreacji reprezentantek Polski (ale też nie nowej..?), w porównaniu z chociażby Angelą Merkel.

Audyt! Audyt!

Źródło: newsweek.pl
Ledwo opadł marszowy kurz a tu trach - z niebios uderzył piorun (ludowej) sprawiedliwości! Czas rozliczyć minioną władzę, a szlag by te wszystkie reformy, szlag by ekonomię i dobro obywateli, najważniejsza jest w końcu zemsta! To takie chrześcijańskie. Dlatego osiem lat PO-PSL podsumujmy magiczną sumą strat pieniężnych, wspomnijmy coś o złotym mercedesie, który nawet złoty nie jest, a na deser krzyknijmy tragicznie "Co wam ta Polska zrobiła? Dlaczego zostawiliście ją bezbronną?" niczym minister Antoś. A gdy minie już czas jedynowładztwa PiS znajdzie się ktoś, kto zakrzyknie "Audyt!" ponownie, po czym wyciągnie magiczną liczbę z szafy, wliczy w to 500+ i inne reformy równie bezlitośnie, doda straty gospodarki, podniesie wrzawę i zażąda zemsty. Z lamusa wyciągnięty zostanie kolejny, złoty mercedes, ktoś jęknie okrutnie na koniec, a kabaret zacznie się na nowo.  Nowotwór toczy polską politykę niezależnie od partii, liczą się tylko igrzyska. 

Pojedynek orła z niedźwiedziem

Źródło: foreignpolicysblog.com
Rosja zachowywała się ostatnimi czasy dość ostentacyjnie i prowokacyjnie na Bałtyku, kwestią czasu było, aż Barack Obama zabierze głos w tej sprawie. Co mógł zrobić w tym przypadku? Skrytykował owe zachowania w trakcie spotkania z przedstawicielami krajów nordyckich w Białym Domu. Formalność została dopełniona, a Rosjanie nadal będą kierowali swoje okręty oraz samoloty na niebezpiecznie bliską odległość w stosunku do jednostek NATO, dyplomaci nadal będą debatować, a prezydenci wzajemnie się krytykować. I oby to trwało jak najdłużej, oby nikomu nie puściły nerwy - szczególnie wojskowym.

Podsumowanie

Beata Szydło wizytowała starość w prowokacyjnym stroju, a ta przerażona stworzyła "audyt" mody polskiej premier, który wstawiony na Instagram trafił do Baracka Obamy. Nie mogąc znieść konsekwencji opublikowania tej ściśle tajnej wiedzy prezydent USA rozpoczął wojnę atomową, a śmiechom nie było końca. 

Żyjemy w XXI wieku, czyli w dobie zwanej hucznie "Wiekiem Informacji."

Mamy prasę, telewizję, internet, smartfony, nieustannie znajdujemy się w kontakcie ze światem. Wystarczy jedno kliknięcie, a na ekranie wyświetli się jaskrawa horda informacji atakujących nas zewsząd, od przeżyć znajomych po katastrofy globalne maści wszelakiej. Jeśli tylko zaczyna się dziać coś "wielkiego", choćby rewolta pokroju ukraińskiego Majdanu, to internet wie o tym od razu, a informacja rozchodzi się z nieprawdopodobną prędkością. Często jest to dzieło przypadku, często liczb w statystyce, które nabrały niepowstrzymanego rozpędu, nieustannie podwajając się, potrajając. Od znajomego do znajomego, udostępnienie za udostępnieniem.

Ot, fenomen internetu, dzięki któremu sami sobie jesteśmy nawzajem źródłem informacji.

Ale czy dzięki temu staliśmy się wreszcie obywatelami świadomymi otaczającego nas świata? Niestety niekoniecznie, pożywkę dostarczono postawie ignorantów, a nie ludzi głodnych wiedzy. Tak łatwo stworzyć twierdzę, do której nie dostanie się nic, poza interesującymi nas sprawami - najczęściej serialami i, właśnie, znajomymi, rzadziej eventami masowymi o charakterze kulturowym. Oczywiście, najgłośniejsze informacje globalne przebiją się przez tę barierę, są to jednak "chlubne" wyjątki pokroju śmierci artysty popkultury, czyli w efekcie często pokrewne do najpopularniejszych obszarów zainteresowań.

Rezygnując z przywileju informacji w kwestiach podstawowych, często dotyczących naszego regionu czy kraju, wedle wielu oszczędzamy sobie nerwów. W końcu łatwiej i przyjemniej jest usiąść z kubkiem ciepłej herbaty przed telewizorem, opatulić się w puszysty kocyk i spędzić kilka godzin przy ulubionym serialu, miast oglądając wiadomości na temat kolejnej wrzawy sejmowej i podniesienia podatków. Ot, postawa jak najbardziej zrozumiała, choć wypaczająca naszą umiejętność opiniotwórczą w przypadku, chociażby, wyborów/referendów.

Właśnie dlatego warto interesować się tymi, niekochanymi kwestiami. Uodparnia nas to, pod warunkiem krytycznego podejścia, na populistyczną demagogię, którą wielu polityków jak i dziennikarzy w ich służbie dziś stosuje. Gdy jesteśmy świadomi ciężej nas oszukać, ciężej nami manipulować, posiadamy pewną, konkretną, usystematyzowana wiedzę. Lukratywne hasła, które w głębi są po prostu przekłamaną wydmuszką, przestają kusić człowieka świadomego, ponieważ nie natrafiają na pustkę, którą tak łatwo wypełnić. Natrafiają na przestrzeń zasiedloną konkretną, uformowaną wiedzą i najpierw muszą z nią zwyciężyć, by zająć jej miejsce, udowodnić swą rację. A właśnie jej brak bywa najsłabszą stroną populizmu.

Dlatego właśnie zapraszam na cotygodniową "prasówkę" zainteresowanych i tych, którzy dotrwali! Informacje proszę traktować z przymrużeniem oka, są one celowo upraszczane, nieraz okraszone stylem jadowitej satyry.


Coraz mniej Szydło z Szydło

Źródło zdjęcia: PAP
Zewsząd dobiegają nas informacje, a raczej ich brak, o pani premier Beacie Szydło. Ponoć popadła ona w niełaskę prezesa ociężałością we wprowadzaniu reform ekonomicznych. Ot, strata niewielka, pani Beaty coraz mniej i mniej, aż zniknie i zapomnimy. Może przynajmniej odpocznie od tego braku możliwości do realnego działania? Poza tym, kim do licha jest Kazimierz Marcinkiewicz? Nie pamiętam nikogo takiego...

Coraz bliżej epidemii superbakterii

Źródło grafiki: tvp.pl
Bakteria "New Delhi" znana ze swej odporności na antybiotyki i możliwości przekazania "genu odporności" innym bakteriom coraz powszechniej występuje w Polsce. Zanotowano lawinowy wzrost przypadków zakażenia w Warszawie (liczba stwierdzonych przypadków zmieniła się ze 105 na 1105) w ciągu ostatnich trzech lat, w efekcie staliśmy się europejskimi przodownikami w hodowli "New Dehli." Czy jest cię czego bać? Niestety jest to zarazek, który zwykłą grypę zamienia w śmiertelną chorobę, wobec której bezradna staje się współczesna medycyna. Dlatego może lepiej odpuścić sobie majówkę w stolicy?

Zakaz handlu w niedzielę?

Źródło zdjęcia: nextnature.net
Pamiętacie mój tekst mówiący o tym, aby walczyć o posiadanie dnia odpoczynku, jako przykład podając kultywowaną przeze mnie niedzielę? Jak widać ktoś miał bliźniacze przemyślenia i do sejmu trafił projekt ograniczający niedzielny handel. Wedle ankiet jednak większość Polaków jest przeciwna ustawie tego pokroju. Być może boją się lawiny zwolnień spowodowanej spadkiem zysków, a być może odbiera to sens ich niedzielnej egzystencji. Ba, co tam, zaszalejmy, niedziela wolna dla wszystkich! W końcu co złego może się z tego powodu stać, gospodarko? 


Tę formę przyjmą sobotnie prasówki. Chciałem ująć jeszcze kilka, innych wydarzeń, ale uznałem, że stworzyłbym zbyt rozbudowanego kolosa z i tak już przydługiej notatki. Macie przedsmak, następnym razem tak będzie wyglądało główne wydanie, już bez refleksyjnego wstępu. Wtedy nie pominę większej ilości wydarzeń politycznych, kulturowych, masowych, acz i tak wybiorę to, co najbardziej zapadło mi w pamięć.

Podsumowując - "New Dehli" powoduje powolne znikanie z mediów, a zapadła na nie pani premier w trakcie niedzielnych zakupów odpoczywając w Warszawie.

Miłej, pełnej uśmiechu i relaksu majówki, gdziekolwiek ją spędzacie!


Dziś, aby zejść z tonu, coś mniej powszechnego, a coś o wiele bardziej osobistego w materii odczuć.

Na co dzień, w najlepszym przypadku, poruszamy się w miejskiej dżungli co najwyżej beznamiętnie. Mamy w nawyku narzekać na własne twory, na te kolosy z betonu i płyt w przypadku miasta, jak i na skromniejsze budowle prowincji. Jednak czy naprawdę jest aż tak źle? 

Człowiek to istota posiadająca zmysł estetyczny i potrafiąca tworzyć piękno. Dzieła architektury potrafią umykać nam jedne po drugich, od śladu zabytkowej, choć nadgryzionej przez ząb czasu secesji, przez stare, barokowe kościółki czy świadectwa gotyku. Dla wielu kamienica to synonim biedy i brzydoty – tak nieuczciwe traktowanie tych jakże wymyślnych, specyficznych świadectw minionych epok! Często brunatnych i zapomnianych, tonących w smutku własnego jestestwa (co na swój sposób również jest pociągające i potrafi skrywać piękno owiane nutką tajemnicy), a równie często kolorowych i zdobionych zmyślnymi rzeźbami, ornamentami przywodzącymi nam na myśl wszystko co najlepsze z epok antyku, choć to współczesne modyfikacje jak i wariacje ozdobników. Z resztą, nawet jeśli naprawdę nie jesteśmy w stanie tego poczuć, jeśli sztuka architektoniczna nie potrafi zwrócić na nas swojej pozytywnej uwagi – hej, cieszmy się z części praktycznej ich zastosowania. 

A właśnie od części praktycznej należałoby zacząć w przypadku blokowisk – coś, na swój sposób, zbawiennego w ramach częściowo już minionej epoki. Do dziś zapewnia to przyzwoity dach nad głową, prawdziwy dom wielu tysięcy ludzi. Fakt, istnieją te brzydkie, surowe i zaniedbane, acz spotykamy ich coraz mniej (to nadal nie powód by niszczyć i burzyć). Większość przechodzi transformację w kolorowe, budzące pozytywne wrażenia twory, które kreują całe regiony miejskiej zieleni przeplatanej z bogatą paletą barw, często urozmaicone jeszcze o zmyślne murale wybitnie pobudzające wyobraźnię, a do tego dbające o skok naszego pozytywnego nastroju. 

Prowincja to miejsce, z którym kojarzę tylko i wyłącznie jeden rodzaj narzekań, a ku mojej zgrozie mowa tu o różnorodności. Nieraz ludzie zachwycają się jednolitością architektoniczna, którą spotkali we Francji czy Niemczech. Zachwyca ich wizja całych sąsiedztw-bliźniaków (i to od okien po kolor dachówek), jako warunku zachowania estetyki. Każdy ma prawdo do swego gustu, jednak monotonia męczy nas w większości form i podejrzewam, że potrafiłaby dopaść i w tej. Ma to swoje plusy w postaci maskowania pewnych różnic i eliminowania, w efekcie, konkretnej gammy stereotypów, jednakoż sąsiedztwo pozostanie sąsiedztwem, pewnych sytuacji się nie uniknie, a już pewniakiem nie w ten sposób. Różnorodność i zmienność niosą za sobą o wiele więcej piękna, po prostu musimy nauczyć się wreszcie to doceniać.

Przy końcu należy powiedzieć jeszcze jedną rzecz. Wandalizm to zjawisko karygodne i wymagające sprzeciwu w postaci ludzkiej solidarności, wspólnej postawy. Jesteśmy świadkami? Po prostu to zgłaszamy. Wstrętne napisy od dawna szpecą ścianę pobliskiego budynku? Zwołajmy sąsiadów, dopilnujmy zamalowania tego, a jeśli poczuwamy się naprawdę i traktujemy to osobiście sami wspierajmy naprawę szkód w ramach możliwości, czy to pracą czy finansami. Pokażmy, że potrafimy być wspólnotą i wbrew wszystkiemu sprawnie kooperować w celu upiększania swojego światku.

Wracając jeszcze na chwilę do budowli porzuconych, niszczejących, zaniedbanych i odrzuconych. Wracając do tych, na których remont nie stać ani władz ani właścicieli prywatnych. Są sytuacje, gdy ponownie przydałby się nam akt solidarności, wykreowanie czegoś w rodzaju obywatelskiego funduszu środków renowacyjnych. Jeśli istnieje instytucja tego typu to popełniam straszny błąd ponownie to sugerując, a jeśli nie to może warto wreszcie spróbować? 

Prostsze i skupione na funkcjonalności dzieła cywilizacji ludzkiej również posiadają niezmierzone pokłady uroku i piękna, choć z pozoru bywają tak surowe, obskurne. Jeśli zechcemy się nad nimi pochylić to w końcu to dostrzeżemy, a odrobina barw powróci do naszej codzienności.
Dziś, razem z tematem, przyjdzie delikatna krytyka zachowań, na szczęście o wiele mniej powszechnych, jednak wciąż mających miejsce. Zdarzają się one każdemu z nas, choć czasem jesteśmy w stanie im zapobiec przy pomocy większej, niż zwykle, porcji empatii, takoż korzystając z samokontroli. 

Nie ma dnia, w którym nie jechalibyśmy komunikacją miejską, publiczną czy nie odwiedzili sklepu, marketu. Konieczność pcha nas tam nieustannie, a za naszym smutactwem, tak tam uzewnętrznianym, ciągną się nieraz iskierki nienawiści. Mieliśmy zły dzień, szef na nas nakrzyczał, wykładowca zirytował, wstaliśmy lewą nogą i pokłóciliśmy się z partnerem – a co najgorsze zupa była za słona! 

A ten kierowca/motorniczy jeszcze śmie się spóźniać trzy minuty! Podejdę do okienka i nawrzeszczę na niego dając upust pokładom swojej wewnętrznej żółci, psując humor zarówno jemu jak i reszcie pasażerów, którzy będą musieli tego wysłuchać. Punktualność rzecz święta, wrzawa musi być! 

To naprawdę nie jest dobra droga – kilka minut nas nie zbawi (a jeśli aż tak wyliczamy sobie czas - warto uwzględnić czynniki losowe i po prostu wyjść wcześniej), a sam kierujący pojazdem z reguły jest zestresowany samym faktem opóźnienia i jest go w pełni świadom. Czy można oskarżyć go o niekompetencję? Generalizując pewnie da się dojść do takowego wniosku, ale byłby on przekłamany, obcięty z kontekstu. Z reguły to kwestia niefortunnych korków, nieraz wyskakujących na jezdnię pieszych, którzy zbyt pysznie korzystają ze swego pierwszeństwa i kuszą los. Czasem nawet kierowcy ratują ludzkie życie udzielając pierwszej pomocy osobie, która zasłabła. 

Widząc słowa „kontroler biletów” bądź „kanar” spora część z was może się wzdrygnąć, przecież to takie pejoratywne. A przynajmniej pozwoliliśmy na zakorzenienie się w nas akurat takich, a nie innych odczuć. Moim zdaniem mowa tutaj o ludziach wykonujących pracę niewdzięczną, nieustannie wystawionych na falę nienawiści, ale zarazem o służbie publicznej, koniecznej i dobrej. Dbają o sprawiedliwość i wyłapują tych, którzy korzystają z usług komunikacji publicznej nie chcąc jej wspierać, dbać o dalsze przetrwanie tego środka transportu. Na dobrą sprawę jeżdżący na gapę pasożytują, jeśli robią to notorycznie i z premedytacją, na uczciwie zakupujących bilety. 

Nie da się ukryć, istnieją też kontrolerzy niemili czy nieuczciwi, tych drugich nawet nie wezmę w obronę, ale to niewielki procent podług całej "populacji". Nieraz zdarza się, że „kanar”, który na ogół jest miłym i życzliwym człowiekiem, zostanie doprowadzony do stanu irytacji przez pasażerów kierowanych stereotypem i nieszczędzących sobie uszczypliwych komentarzy. Wtedy koło się zamyka, rozpoczyna się stan „złego dnia”, zamiera empatia i zjawisko, nad którym się rozwodzę, dalej zbiera swe żniwo, dopóki ktoś nie przerwie złej passy zachowując się najzwyczajniej po ludzku, to znaczy wyrozumiale i serdecznie. 

A co z ekspedientkami i ekspedientami, szczególnie w marketach? Niejedna osoba zdaje sobie sprawę z ciężaru wykonywanej przez nich pracy. Dlaczego tak często brakuje nam wobec nich uśmiechu? „Dziękuję, życzę miłego dnia” to aż tak wiele, gdy odchodzimy od kasy? Ba, często mamy czelność irytować się i popędzać, składać zażalenia, bo straciliśmy dziesięć cennych sekund z powodu rzekomej "ślamazarności kasjera." Oni również mają prawo być zmęczeni, oni również zasługują na zrozumienie, a wręcz nasze wsparcie. Pracodawcy notorycznie wykorzystują ich niemiłosiernie zdając sobie sprawę z trudnej, dla potencjalnych pracowników, sytuacji na rynku pracy.

Czasem jednak nawet pani z warzywniaka naprzeciwko, każdego poranka tak tętniąca życiem i za każdym razem "zdrówka" życząca, ma zły humor. Kilka dobrych słów potrafi zdziałać cuda i uratować dzień – zarówno jej jak i nasz. 

Mógłbym to ciągnąć - rozpisywać się o lekarzach, ratownikach, policjantach, portierach, ludziach odpowiedzialnych za utrzymanie porządku w budynku, na osiedlu i tak dalej, i tak dalej. Pisałbym najprawdopodobniej podobne rzeczy, zmieniałyby się głównie przykłady - mam jednak nadzieję, że przekaz jest już dość wyrazisty i dosadnie zwraca uwagę na problem.

Szanujmy się nawzajem, jesteśmy tylko ludźmi. Każdy ma gorsze chwile, nie doprowadzajmy ich do stanu prawdziwej ruiny wzajemną zawiścią, szukajmy alternatywnej drogi dawania upustu swym negatywnym emocjom. Czasem przekuwając je w dobroć, a czasem przelewając na papier, być może biegając, ćwicząc. Każdy ma na to metody, które musi w sobie po prostu odkryć, wypracować. To niełatwe, nigdy nie osiągniemy w tym perfekcji, jednakże warto się starać. 

Dzięki takim staraniom świat staje się lepszym miejscem.
Nastał czas zmian – pewnych i konkretnych. Nie było to dzieło ani zadbane, ani rozwinięte, tak więc skutki nie powinny należeć do nazbyt bolesnych. Innymi słowy, wcielając się w istotę w kaleczeniu języka „uwspółcześnioną” – nadchodzi zmiana targetu. 

Rzeczywistość legendą, bajką, baśnią, mitem. Nigdy nie uczyłem się francuskiego, choć doceniam piękno tego języka (jak to sprzecznie i źle brzmi!) i dlatego zdecydowałem się na wybranie akurat takiego tytułu. Mówiąc o czymś mistycznym, choć i na poły zwyczajnym, sam spełniał te wymagania doskonale. Miał być on czymś dosłownym – magazynem prozy, myśli literackiej powstałej na bazie oniryzmu, życia, otaczającego mnie świata. W tym sensie aż tak wiele się nie zmieni, chociaż... Kto wie? 

Od dziś fikcję literacką zastąpią refleksje, te melancholią pachnące, jak i te konsumowane tu i teraz, żywiołowo, dopiero się kreujące. Otaczający nas świat to piękne miejsce, czasem warto się zatrzymać, pomyśleć, wciągnąć dożę świeżego powietrza pachnącego kwitnącym bzem i odlecieć w odmęty pamięci. Porównać swój żywot dziś i dawniej, dostrzec różnice, utrwalić coś pięknego i po prostu uśmiechnąć się. Naszym życiom stanowczo brakuje uśmiechu – tkwimy w smutku i zmartwieniach nie potrafiąc skupić się na pozytywnych aspektach otaczającej nas rzeczywistości.

A wtedy powstają smutasy, ba, armie smutasów! Armie spotykane codziennie – na klatce, w sklepie, autobusie, tramwaju, na uczelni, w pracy, a potem w rodzinie, kuchni, domu, pokoju i własnej sypialni! Smutek nie jest czymś złym, oczyszcza, ale nie możemy w nim tkwić wiecznie, wszak skrajności są szkodliwe. 

Brakuje nam uśmiechu i życzliwości, brakuje nam chwili zadumy i wyciszenia, cierpimy na chroniczny niedostatek empatii oraz dobroci. A co najgorsze i najpiękniejsze zarazem to fakt, że nigdy nie będziemy w tym idealni, ponieważ jesteśmy tylko ludźmi. Ale warto się starać, na tym polega cały nasz żywot, dlatego właśnie chcę się z Wami dzielić swoimi refleksjami na ten temat, chcę się z Wami dzielić pozytywnymi fragmentami swojego życia (choć nie aż tak osobistymi i spersonifikowanymi jak mogłoby się wydawać), optymistycznymi wizjami. Chcę przypomnieć, że i to jest możliwe – i mam nadzieję, że pomogę Wam w odnalezieniu tej drogi. 

Nie, nie będzie to blog silnej wiary, okultyzmu czy sił nadprzyrodzonych/kosmicznych. Będą to historie człowieka prostego, z krwi i kości, dość twardo stąpającego po ziemi i starającego się uszanować innych takimi, jakimi są – choć różnie to bywa.

Proza pozostanie miłym dodatkiem, a regularność zagości jako dobra norma. Ażeby pointa była jeszcze przyjemniejsza – miłego dnia jak i dobrej nocy, żeby nie powiedzieć „Wszystkiego Najlepszego!”