Najnowsze posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty
Źródło: blog.bufferapp.com
Żyjemy w wieku pozbawionym twardych autorytetów. Objawy tego stanu są smutne i niezwykle widoczne, gdy pytamy młodych o ich "idoli życiowych". O kim usłyszymy w Polsce? "Za moich czasów" niczym formułę recytowano Jana Pawła II, Jurka Owsiaka, Józefa Piłsudskiego, a okazyjnie trafiała się jakaś inna postać, czasem podawano rodziców, bliskich. Ile było w tym jednak prawdy? Milczenie lub dukane z trudnością ogólniki na temat cech charakteru owych postaci rozwiewały wątpliwości i odpowiadały - niewiele. Powracamy tu, tak na dobrą sprawę, do kwestii cierpkiego określenia jakim staje się "Pokolenie Y". Dorwała nas przepaść cywilizacyjna, zgubiliśmy się, a pustka zieje, zieje i pcha ku radykalizacji oraz jeszcze głębszego limbo. Autorytet zastąpiony został przez idola. 

Sekret klucza odpowiedzi tkwi jednak w rozróżnieniu padających tu pojęć - kim jest idol, a kim jest autorytet? Niektórzy traktują ich definicje zamiennie, szczególnie w dzisiejszych czasach, co kultywuje problemowi i jest potwornym błędem. Idol to osoba będąca obiektem szczególnego podziwu, nieraz graniczącego z sakralnym, czyli wręcz ubóstwiana. Definicja bierze się z genezy tego słowa, które dawniej oznaczało wyobrażenie istoty bóstwa przez czczący go kult. Autorytet jest natomiast jednostką obdarzoną niezwykłym szacunkiem, często w obrębie jakiejś grupy, i uznawana za wzór do naśladowania. Duża różnica, nieprawdaż? Drugie z pojęć, niezwykle ważne, a tak mało wyraziste wobec idola w dzisiejszym świecie, idola który doskonale zapełnia zastałą "pustkę". Fakt, Józef Piłsudski może być świetnym autorytetem, ale czy w XXI wieku ma szansę stać się również idolem? Szczególnie, że druga grupa została zarezerwowana dla gwiazd i twórców YouTube. Niestety, im często brakuje kompetencji do kreowania "misji społecznej" i świecenia wzorcem, nie to się dla nich liczy.

W przypadku autorytetu nie mówimy o pogoni za sławą czy pieniędzmi, co nie wyklucza z tej grupy rekinów biznesu. Ludzie ci zostają wzorcami poprzez swoją postawę życiową, decyzje i osiągnięcia, reprezentując swym żywotem coś wartego naśladowania. Nieraz zostają arcymistrzami w swojej dziedzinie, niczym profesor Jan Miodek, którego poloniści dzień w dzień potrafią zalewać stertą listów z pytaniami natury językowej. 

Współczesny idol buduje swój "kult" widząc w tym sposób na zgarnięcie większych zysków ze swojej działalności. Liczy się kontrowersja, a nie przekazanie treści, liczy się rozgłos i oglądalność. Pieniądze muszą się zgadzać, a to, że przy okazji zaszkodzi się sporej grupie ludzi nie ma znaczenia do momentu, w którym pozostaje na szczycie. Niewiele w tym kultury czy wiedzy, a stanowiska w dyskusji nieraz zawiera w celu zaskarbienia sobie sympatii grupy bardziej koniunkturalnej, większej. Niewiele w tym osiągów przeszłości i proludzkiej postawy, więcej natomiast egoizmu w ramach "tu" i "teraz". Oczywiście wciąż istnieją chlubne jednostki, które balansują na cieniutkiej granicy i dbając o rzetelność - niestety mowa tu o mniejszości. Mniejszości niezwykle marginalnej w Polsce.

Spotkałem wielu pedagogów, którzy potrafili postawić idola na równi z autorytetem jako wygodny zamiennik pojęciowy. Moim zdaniem obie te "instytucje" (idol i autorytet) wymagają głębokich reform pojęciowych, które pochłoną lata pracy u podstaw, jeśli chcemy dowiedzieć się, w którym kierunku wieje wiatr zmian. Choć, może wbrew prognozom i panice psychologów, przyniesie on coś dobrego? Na dzień dzisiejszy jednak powinniśmy umieć rozróżnić te dwa byty i ostrożnie podchodzić do traktowania ich jako synonimów.

Wielkimi krokami zbliża się pokolenie narcyzów, którzy "hejt" będą w stanie wynieść poza internet. W końcu tego się nie sankcjonuje, to normalne i powszechne, tak w ślad za idolami. Oni mogą, to ja nie mogę?
Źródło: beantowncoffeewoodstock.wordpress.com
Poniedziałkowy poranek wielu z chęcią rozpoczyna filiżanką bądź kubkiem mocnej, aromatycznej kawy. Potrzebujemy orzeźwienia oraz pobudzenia aby móc skutecznie stawiać czoła przeciwieństwom dnia powszedniego, dlatego właśnie "mała czarna" prędko ląduje na półce ulubienic studentów, ludzi pracujących, ba! Niemalże każdego. Bo gdzie można się przejść po pracy ze znajomymi, jeśli nie chcemy bądź nie lubimy pić alkoholu? Wtedy właśnie pada na kawiarnię i kolejna porcja kofeiny wkrótce ląduje w naszych trzewiach. 

Jednakże jak z wpływem tego specyfiku na ludzki organizm? Istnieją na świecie dwa nurty poglądów naukowych, które wypuszczają sprzeczne wobec siebie wyniki badań, zwracając przy tym uwagę na kompletnie różne czynniki. W dużym skrócie mówiąc - w USA przeważnie mówi się, że kawy pijemy za mało, natomiast w Europie naukowcy uwydatniają raczej szkody, które kawa potrafi poczynić w organizmie. 

Zacznijmy od mrocznej strony naszego ukochanego specyfiku tak, abyśmy mogli zakończyć czytanie w dobrym nastroju. Po pierwsze kawa jest specyfikiem silnie uzależniającym, więc jeśli już się rozsmakujesz to łatwo jej nie odrzucisz. Przy okazji wymywa ona z organizmu minerały takie jak wapń oraz potas, których niedobór w najlepszym przypadku kończy się częstymi skurczami, a może powodować również bezsenność, psucie się zębów, łamliwość kości czy częste krwotoki z nosa. Nadużywanie kawy sprawia również, że stajemy się bardziej nerwowi oraz podatni na stres. Mowa tu o konsekwencjach pojawiających się przy piciu ponad 500 mg dziennie co odpowiada mniej więcej wypiciu 4 filiżanek kawy po 200 mililitrów. 

Picie 4 filiżanek czarnej kawy dziennie powinno mieć więc pozytywny oddźwięk na naszym organizmie. Niestety badania przeprowadzone przez naukowców z "Mayo Clinic Proceedings" wykazują, że u osób poniżej 55 roku życia, które wypijają właśnie około 500 mg dziennie, występuje tendencja do przedwczesnych zgonów. 

Co jednak z pozytywnym aspektem picia "małej czarnej"? Zawiera ona przeciwutleniacze, które prowadzą do spowolnienia procesu starzenia się oraz zmniejszają ryzyko wystąpienia nowotworów. Jest również nieodłącznym przyjacielem nauki oraz pracy intelektualnej, ponieważ poprawia funkcjonowanie pamięci krótkotrwałej, zwiększa koncentrację a do tego wzmacnia umiejętność logicznego myślenia. W efekcie wieloletnie picie kawy odwdzięcza się zmniejszeniem ryzyka demencji starczej.

Kofeina ma również swój udział w przemianie materii. Nawet jedna filiżanka dziennie przyśpiesza ją, a do tego tłumi uczucie głodu. Nie zapominajmy, że jeśli lubimy obficie osłodzić ten trunek to i tak narażamy się na choroby serca i otyłość! Sam fakt picia "małej czarnej" nie zniweluje negatywnych skutków cukru. 

Udział kawy w zwiększeniu produkcji hormonów takich jak dopamina czy serotonina sprawia, że u pijącego zmniejsza się ryzyko depresji jak i prawdopodobieństwo samobójstwa. Generalnie fakt ten skutkuje lepszym nastrojem i pogodnością człowieka. 

Biorąc pod uwagę liczne rozbieżności poglądów w świecie nauki na temat kawy, "umiar" znów stanie się słowem kluczowym dla podsumowania. Wszystko jest dla ludzi, dopóki czerpiemy ze świata rozsądnie.

Co sądzicie o samej kawie? Pijacie, a być może nienawidzicie? Moim zdaniem plusy przeważają nad negatywami i nie zrezygnuję z tego nawyku. Poza tym - ciekawe ile filiżanek kawy wypili specjaliści z "Mayo Clinic Proceedings" w trakcie prowadzenia swoich badań...

Pamiętajcie! Notatka dotyczyła najzwyklejszej w świecie czarnej kawy!
Źródło: medicaldaily.com
Na horyzoncie maluje się kolejny kryzys wychowawczy dla wielu rodziców, którzy wyznają powiedzenie "Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje". Co weekend byliście brutalnie ściągani z łóżka o szóstej rano przez mamę, tatę, babcię czy dziadka? Możecie mieć do nich pretensje o zaburzenie funkcjonowania waszego organizmu! Jest to oczywiście aspekt humorystyczny, a całą notkę polecam traktować z przymrużeniem oka. 

Badania opublikowane ostatnio w "Psychology Today" stwierdzają, że osoby śpiące do godzin popołudniowych czerpią z tego profity. Szczególnie, gdy wyrobiony mają nawyk wylegiwania się w łóżku, miast zrywania się nagle i gwałtownie równo z pierwszym dźwiękiem budzika. 

Jakie mają być zalety naszego łóżkowego lenistwa? Pomijając dobre samopoczucie mowa tu o poprawie pamięci, a nawet zwiększonej innowacyjności i kreatywności! Niestety kłania się tutaj pewien problem związany z funkcjonowaniem naszego społeczeństwa, który utrudnia realizację tych, dla wielu obrazoburczych, założeń.

Przyjmujemy, że najlepszą porą na sen są godziny między 23-7 (sam autor grzeszy w ten sposób dzień w dzień), a w Polsce sam tryb szkolny czy pracowniczy jest z tym systemem z reguły silnie sprężony. Są przesłanki, że niekoniecznie odpowiada to naszemu organizmowi i w przypadku dużej części z nas zaniża efektywność działania. Preferowanym czasem rozpoczęcia codziennego funkcjonowania są okolice 10 rano, przykładem stosowania się do takich rozwiązań jest część szkół w Wielkiej Brytanii. 

Jest jednak grupa ludzi, która ma odrobinę ułatwioną sprawę. Mowa tutaj o nocnych markach, których zegar biologiczny funkcjonuje kompletnie inaczej, niż przyjmowany tradycyjnie w ramach społecznych. Ludzie, którzy sprawniej egzystują nocą, starają się z reguły dostosować grafik do swych potrzeb tak, aby mieć możliwość odespania pracy i wstają dopiero w okolicach godzin popołudniowych. Sam ten fakt skutkuje wzrostem ich funkcjonalności, a co za tym idzie i kreatywności. Niestety, jeśli ta konkretna grupa nie ma możliwości zaspokojenia swoich potrzeb, cóż... Wedle wielu naukowców lepiej, żeby jednak miała.

Reasumując powinniśmy brać przykład z pana prezydenta Andrzeja Dudy w celu osiągnięcia zadowolenia w swoim życiu. Ale czy jednak na pewno? Nie bez powodu ta notka nie dostaje podkładki w postaci źródeł (stąd prośba o podchodzenie do niej z dystansem), nie udało mi się dotrzeć do samych prac naukowych na temat snu, bazuję głównie na czytywanej przeze mnie publicystyce, która często temat podnosi.

Moim zdaniem kwestia snu jest zbyt silnie zindywidualizowana, aby można było nałożyć na nią tak suche schematy, ramy. Osobiście czuję się źle i wstaję przysłowiową lewą nogą, jeśli budzę się później niż o 9 rano, nawet jeśli śpię w efekcie raptem 3-4 godziny. W tym przypadku doceniam jednak możliwość wylegiwania się przez kwadrans czy dwa, faktycznie wpływa to na mnie pozytywnie. Samo przeciwstawienie sobie dwóch sposobów poprawnego funkcjonowania (23-7 vs 7-23) daje nam trochę do myślenia w kwestii możliwej ilości korzystnych scenariuszy. Jeśli jednak wiecznie wstajemy źli czy sfrustrowani to może warto pochylić się nad własnym zegarem biologicznym i spróbować, choć minimalnie, dostosować życie do jego potrzeb? 

Poezja, czyli sztuka słów, sztuka pojmowania piękna i między wierszami skrywania tego, co najwykwintniejsze. Stara niczym cywilizacja, ujmująca w swe barwy świat, kochana jak i nierozumiana przez wielu. A najprzedniejsza, wśród jej twórczości, Erato! Ach, Erato! 


"Teraz powstają ciała z pościeli
I, rozespana, przeciąga się
Erato. Pięknie zbudowana
Unosi w górę ramię, a jasny
Meszek z jej pachwin pokrywa
Marmurowe piersi, otwiera ciężkie powieki
I podczas gdy w ociężałej rozkoszy
Wykorzystuje złoty świat, łagodne pagórki
Szmaragdu i lazurowe niebo,
Szepce marzycielsko, wzdychając
I wsysając słodki trunek,
Tęskne pocałunki i dźwięki."

Carl Spitteler „Erato”


Czyż przenośnie nie są kwintesencją tego co jest w stanie ująć w swych ramach słowo? Tak dosłowne, suche, proste, a tak głębokie, nasączone słodyczą egzystencji, podkreślające to, co wspaniałe. Od turpistycznej brzydoty, przez niebiańskie loty, ku bezkresowi uniwersum, daleko poza naszym pojmowaniem, ale wciąż w jego ramach! Wystarczy chwycić, dostrzec głębię, snuć refleksję, ot, zanurzyć się w tym wszystkim i czuć.

Czuć inspirację, która porywała narody, rozpoczynała boje, kruszyła mury najpotężniejszych twierdz. Słowo to kunszt, słowo to potęga, a liryzm służy już tylko powabności, kreując swoiste magnus opum tej kategorii. 


„Nie jestem młody
Niech was smukłość mego ciała
Nie zwodzi
Ani tkliwa biel szyi
Ani jasność otwartego czoła
Ani puch nad słodką wargą
Ni śmiech cherubiński
Ni krok elastyczny”

Tadeusz Różewicz „Lament” (fragment)

Choć czasem tak skąpe w barwne epitety, tak krótkie i minimalistyczne, a tak głębokie, wyrażające gammę bólu i cierpienia niepojmowalną dla żyjących w czasach spokoju. A jednak wciąż to liryka, wciąż to miłość milionów, choć niekoniecznie Erato piastuje tu straże, choć niekoniecznie mowa tu o dosłownym krajobrazie. 

A krajobraz i tak skrywa się w głębi. 

Poezjo! Zwracam się do Ciebie zawsze i wszędzie, kocham Cię i nienawidzimy, raduję się i cierpię, ale prędzej czy później i tak do Ciebie powrócę po to tylko, by odejść, zapomnieć! Każdy w swym życiu potrzebuje chwili głębokiej refleksji.

Każdy czasem sięgnie po tomik poetycki, a przynajmniej powinien próbować. Nie da się pojąć świata w pełni bez dostrzegania metafor, tych skrzętnych przenośni, a co tu dopiero mówić o ich pojmowaniu. 

Szkoda, że w dzisiejszych czasach niewiele dróg pozostało dla młodych, utalentowanych poetów. Nie ukochali ich wydawcy, nie zakupili czytelnicy. Być może powinniśmy częściej sięgać po tomiki poezji, nawet jeśli mają się kurzyć na półce i czekać latami na swą chwilę?
A gdy Bóg ukończył w dniu szóstym swe dzieło, nad którym pracował, odpoczął dnia siódmego po całym swym trudzie, jaki podjął.  
Księga Rodzaju 

Nastał niedzielny wieczór, a ja sam oczekuję od siebie spełniania powinności. Sumienność w redagowaniu treści tego bloga to dla mnie test, jednakoż nie może ona odstawać od jakości. Bylejakość jest dobra tylko wtedy, gdy zapełnia nam pustkę, pozwala uciec od problemów czy czyni coś pozytywnego, a więc w moim mniemaniu jednak niesie za sobą ową jakość Ćwiczenia nigdy nie są idealne, jeśli dopiero je rozpoczynamy. Każdy posiada swoją formę, staram się być wyrozumiały w tej materii.

Choć gust mam okrutnie wybredny.

Krople deszczu dudnią o parapet rytmicznie, a w powietrzu unosi się rześki zapach życia. Suche, spragnione wilgoci usta zanurzają się w odrobinie aromatycznej kawy, częściowo pieszczone przez chłód ceramiki, a rytm życia nie ustaje. Wielu pewnie dobija dzisiejsza, deszczowa pogoda, jednakże co w niej złego? Fakt, nieraz psuje plany, acz zarazem wymusza na nas pozostanie w cieple domowego ogniska, opatulenie się w koc i myślenie.

Ewentualnie zaznanie zasłużonej chwili spokoju przy pachnących (być może nowością, a być może i sędziwym wiekiem) stronicach ksiąg, przy odcinku ulubionego serialu, leniuchując oraz rozmyślając. Każdy zasługuje na odpoczynek, a niedziela, w całej swej symbolice, to dobry dzień ku temu. Kończy się tydzień, nabieramy sił do ponownych zmagań z chlebem powszednim.

Co niedzielę, od następnej licząc, każdego ranka zastaniecie inną formę notatki. Będą to posty ze zdjęciami oraz krótkimi opisami, nieraz cytatami z moich ubiegłych notek, powiązane z tematyką minionego tygodnia. W miarę możliwości, choć zapewne nie zawsze, postaram się być autorem takowych. Niestety nie param się fotografią, nie spodziewajcie się cudów, będą to jedynie osobiste refleksje połączone ze zdradzaniem inspiracji, jak i próbą zasiania w Was takowej.

Dziś przeszkodził mi deszcz, grający koncert melancholicznego spokoju, pozwalający zaznać ukojenia po tygodniu wrażeń i przemieniający wiosnę w piękną, złotą jesień. Korony drzew pożółkły na moment, a ja odpłynąłem w świat beztroski, by po chwili ożyć na nowo razem z rzeczywistością.

Pamiętajcie o swojej niedzieli, warto o nią zawalczyć, by móc cieszyć się życiem w pełni.  
Ulica, miejsce tak niepozorne.

Auta mkną z prędkością mało kiedy nieprzekraczającą przepisowej, ledwo zauważalne, niczym migające barwy w tunelu życia. Krótkie, nieistotne obrazy, które utraciły ostrość w pędzie. Świat gna do przodu, a razem z nim śpieszymy się my, sami przestajemy dostrzegać siebie nawzajem, obraz bliźniego staje się taki zamazany i taki... obcy.

Chociaż czy tak naprawdę to nie my wprawiliśmy tę maszynę w ruch naszą żądzą doznań? Pragniemy czuć i poznawać, tak intensywnie, nieokiełznanie, niczym nieograniczeni, zanurzeni w bezkresie rozkoszy. Wtedy orientujemy się, że brakuje nam czasu na skorzystanie z ogromu możliwości cywilizacyjnych, ponieważ nadal istnieje konieczności przeżycia, gromadzenia środków, zaczyna się pośpiech. Wyścig o realizację przyziemnych pragnień, osiągających status egzystencjalnego magnus opum, z realizacją potrzeb koniecznych do przeżycia. A wiek informacji to prawdopodobnie dopiero początek tego, co nadejdzie w najbliższych dekadach.

Czy to złe? Czy nie jest to jedynie realizacja aspiracji rasy ludzkiej? A może po prostu staczamy się w otchłań zatracenia? Ocenią potomni, jednakże cała ta sytuacja pewniakiem ma swoje pozytywne aspekty. Jeśli tylko zatrzymamy się na chwilę, wyhamujemy pęd trybików tej wszechpotężnej machiny, to łatwiej nam docenić aspekty życia tak banalne, że dawniej pospolite, a nie inspirujące czy piękne. Najpierw jednak należy na chwilę wyjść poza ramy systemu, a choć wejść łatwo, to dla wielu wyjście wiedzie tylko przez komin.

Pochylmy się jednak.

Jechali tramwajem - on dość młody, w popielatoszarej kurtce, znoszonej i zużytej, zmęczonej niczym jego na poły nieobecne oczy. Ona w kwiecie wieku, pulchnymi, zmarszczonymi dłońmi miętoląc skrawek wyblakłej sukienki w kolorowe kwiaty, dawniej być może złociste, mieniące się barwami lata, a może mierząc się ze swym kresem u początku jesieni. Dziś jednak nie dało się tego stwierdzić, a tę dwójkę pozornie niewiele łączyło. Ot, dwa różne pokolenia, dwie historie biegnące obok siebie, ale poza sobą. Tylko pozornie. Rozmowa łączy ludzi, rozpala płomień w oczach i przybliża, a tak było w ich przypadku. Rozmawiali o trudach życia, wyjazdach za chlebem, fundacji wsparcia dla niepełnosprawnych. Komentowali odbyte razem szkolenie, doradzali sobie w sprawach miłosnych, życiowych. Narzekali, ale i cieszyli się mogąc to wreszcie zrobić, wykrztusić swój ból, wyrzucić od dawna tłukącą się we wnętrzach ich umysłu gorycz. Mieli też z kim podzielić się dobrymi nowinami, a znali się dopiero od kilku godzin.

Ktoś by powiedział, że była to historia miłosna jak każda inna, jednakże nie wszystko współgra z tą tezą. Była to po prostu dwójka ludzi, strudzonych życiem i gotowych pochylić się nad sobą wzajemnie, okazać człowieczeństwo, którego tak nieraz mało. Otworzyli się na drugą osobę wiedząc, co znaczy osamotnienie. Być może nawiązali przyjaźń, być może nigdy więcej się już nie spotkali.

Znaleźli chwilę wzajemnego zachwytu, przerwali pęd, zasmakowali tego, co tak nietypowe dla codzienności.

Dziś, aby zejść z tonu, coś mniej powszechnego, a coś o wiele bardziej osobistego w materii odczuć.

Na co dzień, w najlepszym przypadku, poruszamy się w miejskiej dżungli co najwyżej beznamiętnie. Mamy w nawyku narzekać na własne twory, na te kolosy z betonu i płyt w przypadku miasta, jak i na skromniejsze budowle prowincji. Jednak czy naprawdę jest aż tak źle? 

Człowiek to istota posiadająca zmysł estetyczny i potrafiąca tworzyć piękno. Dzieła architektury potrafią umykać nam jedne po drugich, od śladu zabytkowej, choć nadgryzionej przez ząb czasu secesji, przez stare, barokowe kościółki czy świadectwa gotyku. Dla wielu kamienica to synonim biedy i brzydoty – tak nieuczciwe traktowanie tych jakże wymyślnych, specyficznych świadectw minionych epok! Często brunatnych i zapomnianych, tonących w smutku własnego jestestwa (co na swój sposób również jest pociągające i potrafi skrywać piękno owiane nutką tajemnicy), a równie często kolorowych i zdobionych zmyślnymi rzeźbami, ornamentami przywodzącymi nam na myśl wszystko co najlepsze z epok antyku, choć to współczesne modyfikacje jak i wariacje ozdobników. Z resztą, nawet jeśli naprawdę nie jesteśmy w stanie tego poczuć, jeśli sztuka architektoniczna nie potrafi zwrócić na nas swojej pozytywnej uwagi – hej, cieszmy się z części praktycznej ich zastosowania. 

A właśnie od części praktycznej należałoby zacząć w przypadku blokowisk – coś, na swój sposób, zbawiennego w ramach częściowo już minionej epoki. Do dziś zapewnia to przyzwoity dach nad głową, prawdziwy dom wielu tysięcy ludzi. Fakt, istnieją te brzydkie, surowe i zaniedbane, acz spotykamy ich coraz mniej (to nadal nie powód by niszczyć i burzyć). Większość przechodzi transformację w kolorowe, budzące pozytywne wrażenia twory, które kreują całe regiony miejskiej zieleni przeplatanej z bogatą paletą barw, często urozmaicone jeszcze o zmyślne murale wybitnie pobudzające wyobraźnię, a do tego dbające o skok naszego pozytywnego nastroju. 

Prowincja to miejsce, z którym kojarzę tylko i wyłącznie jeden rodzaj narzekań, a ku mojej zgrozie mowa tu o różnorodności. Nieraz ludzie zachwycają się jednolitością architektoniczna, którą spotkali we Francji czy Niemczech. Zachwyca ich wizja całych sąsiedztw-bliźniaków (i to od okien po kolor dachówek), jako warunku zachowania estetyki. Każdy ma prawdo do swego gustu, jednak monotonia męczy nas w większości form i podejrzewam, że potrafiłaby dopaść i w tej. Ma to swoje plusy w postaci maskowania pewnych różnic i eliminowania, w efekcie, konkretnej gammy stereotypów, jednakoż sąsiedztwo pozostanie sąsiedztwem, pewnych sytuacji się nie uniknie, a już pewniakiem nie w ten sposób. Różnorodność i zmienność niosą za sobą o wiele więcej piękna, po prostu musimy nauczyć się wreszcie to doceniać.

Przy końcu należy powiedzieć jeszcze jedną rzecz. Wandalizm to zjawisko karygodne i wymagające sprzeciwu w postaci ludzkiej solidarności, wspólnej postawy. Jesteśmy świadkami? Po prostu to zgłaszamy. Wstrętne napisy od dawna szpecą ścianę pobliskiego budynku? Zwołajmy sąsiadów, dopilnujmy zamalowania tego, a jeśli poczuwamy się naprawdę i traktujemy to osobiście sami wspierajmy naprawę szkód w ramach możliwości, czy to pracą czy finansami. Pokażmy, że potrafimy być wspólnotą i wbrew wszystkiemu sprawnie kooperować w celu upiększania swojego światku.

Wracając jeszcze na chwilę do budowli porzuconych, niszczejących, zaniedbanych i odrzuconych. Wracając do tych, na których remont nie stać ani władz ani właścicieli prywatnych. Są sytuacje, gdy ponownie przydałby się nam akt solidarności, wykreowanie czegoś w rodzaju obywatelskiego funduszu środków renowacyjnych. Jeśli istnieje instytucja tego typu to popełniam straszny błąd ponownie to sugerując, a jeśli nie to może warto wreszcie spróbować? 

Prostsze i skupione na funkcjonalności dzieła cywilizacji ludzkiej również posiadają niezmierzone pokłady uroku i piękna, choć z pozoru bywają tak surowe, obskurne. Jeśli zechcemy się nad nimi pochylić to w końcu to dostrzeżemy, a odrobina barw powróci do naszej codzienności.
Dziś, razem z tematem, przyjdzie delikatna krytyka zachowań, na szczęście o wiele mniej powszechnych, jednak wciąż mających miejsce. Zdarzają się one każdemu z nas, choć czasem jesteśmy w stanie im zapobiec przy pomocy większej, niż zwykle, porcji empatii, takoż korzystając z samokontroli. 

Nie ma dnia, w którym nie jechalibyśmy komunikacją miejską, publiczną czy nie odwiedzili sklepu, marketu. Konieczność pcha nas tam nieustannie, a za naszym smutactwem, tak tam uzewnętrznianym, ciągną się nieraz iskierki nienawiści. Mieliśmy zły dzień, szef na nas nakrzyczał, wykładowca zirytował, wstaliśmy lewą nogą i pokłóciliśmy się z partnerem – a co najgorsze zupa była za słona! 

A ten kierowca/motorniczy jeszcze śmie się spóźniać trzy minuty! Podejdę do okienka i nawrzeszczę na niego dając upust pokładom swojej wewnętrznej żółci, psując humor zarówno jemu jak i reszcie pasażerów, którzy będą musieli tego wysłuchać. Punktualność rzecz święta, wrzawa musi być! 

To naprawdę nie jest dobra droga – kilka minut nas nie zbawi (a jeśli aż tak wyliczamy sobie czas - warto uwzględnić czynniki losowe i po prostu wyjść wcześniej), a sam kierujący pojazdem z reguły jest zestresowany samym faktem opóźnienia i jest go w pełni świadom. Czy można oskarżyć go o niekompetencję? Generalizując pewnie da się dojść do takowego wniosku, ale byłby on przekłamany, obcięty z kontekstu. Z reguły to kwestia niefortunnych korków, nieraz wyskakujących na jezdnię pieszych, którzy zbyt pysznie korzystają ze swego pierwszeństwa i kuszą los. Czasem nawet kierowcy ratują ludzkie życie udzielając pierwszej pomocy osobie, która zasłabła. 

Widząc słowa „kontroler biletów” bądź „kanar” spora część z was może się wzdrygnąć, przecież to takie pejoratywne. A przynajmniej pozwoliliśmy na zakorzenienie się w nas akurat takich, a nie innych odczuć. Moim zdaniem mowa tutaj o ludziach wykonujących pracę niewdzięczną, nieustannie wystawionych na falę nienawiści, ale zarazem o służbie publicznej, koniecznej i dobrej. Dbają o sprawiedliwość i wyłapują tych, którzy korzystają z usług komunikacji publicznej nie chcąc jej wspierać, dbać o dalsze przetrwanie tego środka transportu. Na dobrą sprawę jeżdżący na gapę pasożytują, jeśli robią to notorycznie i z premedytacją, na uczciwie zakupujących bilety. 

Nie da się ukryć, istnieją też kontrolerzy niemili czy nieuczciwi, tych drugich nawet nie wezmę w obronę, ale to niewielki procent podług całej "populacji". Nieraz zdarza się, że „kanar”, który na ogół jest miłym i życzliwym człowiekiem, zostanie doprowadzony do stanu irytacji przez pasażerów kierowanych stereotypem i nieszczędzących sobie uszczypliwych komentarzy. Wtedy koło się zamyka, rozpoczyna się stan „złego dnia”, zamiera empatia i zjawisko, nad którym się rozwodzę, dalej zbiera swe żniwo, dopóki ktoś nie przerwie złej passy zachowując się najzwyczajniej po ludzku, to znaczy wyrozumiale i serdecznie. 

A co z ekspedientkami i ekspedientami, szczególnie w marketach? Niejedna osoba zdaje sobie sprawę z ciężaru wykonywanej przez nich pracy. Dlaczego tak często brakuje nam wobec nich uśmiechu? „Dziękuję, życzę miłego dnia” to aż tak wiele, gdy odchodzimy od kasy? Ba, często mamy czelność irytować się i popędzać, składać zażalenia, bo straciliśmy dziesięć cennych sekund z powodu rzekomej "ślamazarności kasjera." Oni również mają prawo być zmęczeni, oni również zasługują na zrozumienie, a wręcz nasze wsparcie. Pracodawcy notorycznie wykorzystują ich niemiłosiernie zdając sobie sprawę z trudnej, dla potencjalnych pracowników, sytuacji na rynku pracy.

Czasem jednak nawet pani z warzywniaka naprzeciwko, każdego poranka tak tętniąca życiem i za każdym razem "zdrówka" życząca, ma zły humor. Kilka dobrych słów potrafi zdziałać cuda i uratować dzień – zarówno jej jak i nasz. 

Mógłbym to ciągnąć - rozpisywać się o lekarzach, ratownikach, policjantach, portierach, ludziach odpowiedzialnych za utrzymanie porządku w budynku, na osiedlu i tak dalej, i tak dalej. Pisałbym najprawdopodobniej podobne rzeczy, zmieniałyby się głównie przykłady - mam jednak nadzieję, że przekaz jest już dość wyrazisty i dosadnie zwraca uwagę na problem.

Szanujmy się nawzajem, jesteśmy tylko ludźmi. Każdy ma gorsze chwile, nie doprowadzajmy ich do stanu prawdziwej ruiny wzajemną zawiścią, szukajmy alternatywnej drogi dawania upustu swym negatywnym emocjom. Czasem przekuwając je w dobroć, a czasem przelewając na papier, być może biegając, ćwicząc. Każdy ma na to metody, które musi w sobie po prostu odkryć, wypracować. To niełatwe, nigdy nie osiągniemy w tym perfekcji, jednakże warto się starać. 

Dzięki takim staraniom świat staje się lepszym miejscem.
Zapach jaśminu połączony ze specyficznym smakiem agrestu kołacze się w mojej głowie od kilkunastu dni – ba, to było jednym z impulsów zachęcających do zmiany, nowego otwarcia, rozpoczęcia ery pozytywnego pisma. Tak więc dziś zagości tu nuta melancholii przeplatana z dziecinną niewinnością.

Gdy byłem jeszcze młodym chłopięciem w wieku przedszkolnym uwielbiałem spędzać okres wiosenno-letni w ogrodzie - dla tych nieznających tej planety ocząt był to świat kompletnie obcy, skrywający tak wiele tajemnic. Pamiętam, że przejścia między podwórkiem a nim strzegł ogromny, wiekowy jaśmin. Dziki, choć tak, na swój sposób piękny, niespotykanie wonny - ach, jak dziś brakuje mi tego zapachu! Na szczęście wciąż pozostaje żywy w mych wspomnieniach, wystarczy chwila i znów do mnie powraca. Może, mimo to, czas pomyśleć o zakupie, który uczyniłby każdy z poranków lepszym, broniąc i chroniąc przed przysłowiową "lewą nogą"?

Moment, w którym radosny dzieciak zbliżał się do granicy kwiecistego strażnika, łapiąc za gałęzie krzewu, tak nad nim dominującego, doskonale się bawiąc by, być może, ostatecznie zerwać "wonny owoc" i wkroczyć wreszcie do swojego osobistego świata magii. Dwa, wiekowe świerki w asyście żywotników zachodnich tworzące specyficzny, zielony labirynt, tak aromatyczny i przyjazny latem. Zawsze dało się tu czymś zachwycić - wystarczył krótki bieg w jedną, to w drugą, wystarczyło też inne ułożenie gałązek. Natura jest piękna, choć dorastając tak często tego nie dostrzegamy, zabiegani nad innymi sprawami, a nie radośnie przemieszczający się pomiędzy jej dziełami.

A gdy przyszła odpowiednia pora - można było zająć się tymi, wedle wielu, mniej urodziwymi. Powodem niewyjaśnionych przyczyn (na szczęście!), w tamtym jeszcze czasie, oszczędzono kilka dzikich drzew oraz roślin - agrest dumnie wyrastał pośrodku tego wszystkiego, choć tak mały i niedostrzegalny podług swych sąsiadów, to na swój sposób najwspanialszy z nich wszystkich. Miał w sobie pierwotne piękne połączone z niezapomnianym smakiem - zawsze, gdy mam styczność z jego owocami, przypominam sobie beztroskę dziecinnych lat.

Jednakże skąd to wszystko, gdzie cel, gdzie geneza?

Późnego, kwietniowego wieczoru, wracając ze spotkania, postanowiłem obrać inną, niż dyktował mi nawyk, trasę. Ciepło powietrza było tak powabne, że grzechem było nie skorzystać z okazji do dłuższego spaceru. Droga wiodła przez obrzeża miasta, między zielenią bloków, spokojna, wyciszająca, aż nagle... Poczułem w nozdrzach przyjemny zapach, początkowo niewinny, nieskojarzony, z chwili na chwilę rosnący w siłę, ożywiający wspomnienia i nadający kolejne barwy otaczającej mnie rzeczywistości.

Zapach jaśminu.

Od tego promieniowałem wręcz pozytywną energią, w miejsce stoickiej, beznamiętnej samokontroli.

A mogłem pojechać tramwajem, mieć wszystko gdzieś, z naburmuszoną miną stwierdzić, że jestem zmęczony a okazja nadejdzie innym razem. Tak oto życie przeleciałoby mi pomiędzy palcami zanim bym się zorientował, być może już nigdy nie wracając myślami do tych konkretnych wspomnień. Warto się czasem zatrzymać, nie odkładajmy tego do chwili, w której resztki naszego życia pochłonie monotonia, z której szponów wtedy już nie będziemy się w stanie wyrwać. Piękno świata bywa najlepszym lekiem na zmęczenie, akumulatorem, którego nic nie jest w stanie zastąpić.
Nastał czas zmian – pewnych i konkretnych. Nie było to dzieło ani zadbane, ani rozwinięte, tak więc skutki nie powinny należeć do nazbyt bolesnych. Innymi słowy, wcielając się w istotę w kaleczeniu języka „uwspółcześnioną” – nadchodzi zmiana targetu. 

Rzeczywistość legendą, bajką, baśnią, mitem. Nigdy nie uczyłem się francuskiego, choć doceniam piękno tego języka (jak to sprzecznie i źle brzmi!) i dlatego zdecydowałem się na wybranie akurat takiego tytułu. Mówiąc o czymś mistycznym, choć i na poły zwyczajnym, sam spełniał te wymagania doskonale. Miał być on czymś dosłownym – magazynem prozy, myśli literackiej powstałej na bazie oniryzmu, życia, otaczającego mnie świata. W tym sensie aż tak wiele się nie zmieni, chociaż... Kto wie? 

Od dziś fikcję literacką zastąpią refleksje, te melancholią pachnące, jak i te konsumowane tu i teraz, żywiołowo, dopiero się kreujące. Otaczający nas świat to piękne miejsce, czasem warto się zatrzymać, pomyśleć, wciągnąć dożę świeżego powietrza pachnącego kwitnącym bzem i odlecieć w odmęty pamięci. Porównać swój żywot dziś i dawniej, dostrzec różnice, utrwalić coś pięknego i po prostu uśmiechnąć się. Naszym życiom stanowczo brakuje uśmiechu – tkwimy w smutku i zmartwieniach nie potrafiąc skupić się na pozytywnych aspektach otaczającej nas rzeczywistości.

A wtedy powstają smutasy, ba, armie smutasów! Armie spotykane codziennie – na klatce, w sklepie, autobusie, tramwaju, na uczelni, w pracy, a potem w rodzinie, kuchni, domu, pokoju i własnej sypialni! Smutek nie jest czymś złym, oczyszcza, ale nie możemy w nim tkwić wiecznie, wszak skrajności są szkodliwe. 

Brakuje nam uśmiechu i życzliwości, brakuje nam chwili zadumy i wyciszenia, cierpimy na chroniczny niedostatek empatii oraz dobroci. A co najgorsze i najpiękniejsze zarazem to fakt, że nigdy nie będziemy w tym idealni, ponieważ jesteśmy tylko ludźmi. Ale warto się starać, na tym polega cały nasz żywot, dlatego właśnie chcę się z Wami dzielić swoimi refleksjami na ten temat, chcę się z Wami dzielić pozytywnymi fragmentami swojego życia (choć nie aż tak osobistymi i spersonifikowanymi jak mogłoby się wydawać), optymistycznymi wizjami. Chcę przypomnieć, że i to jest możliwe – i mam nadzieję, że pomogę Wam w odnalezieniu tej drogi. 

Nie, nie będzie to blog silnej wiary, okultyzmu czy sił nadprzyrodzonych/kosmicznych. Będą to historie człowieka prostego, z krwi i kości, dość twardo stąpającego po ziemi i starającego się uszanować innych takimi, jakimi są – choć różnie to bywa.

Proza pozostanie miłym dodatkiem, a regularność zagości jako dobra norma. Ażeby pointa była jeszcze przyjemniejsza – miłego dnia jak i dobrej nocy, żeby nie powiedzieć „Wszystkiego Najlepszego!”
Wszystko zaczęło się od prostego pytania – co dalej?

Dzień w dzień wstawał, zbudzony przez półmrok i szczyptę ironicznego zmęczenia. Maszerując po tym tam, gdzie zwykle, czyli zaglądając do lodówki w celu uciszenia kanonady kiszek.

Miał dość mięsiwa, gorszyło go i przyprawiało o mdłości, gdy dookoła jedynie polędwiczka albo salcesonik przekładany wymysłem najnowszym zdrowotnego pieczystego miast pieczywa tradycyjnego, a do tego może jajeczka, też z dodatkiem boczku przypiekanego a następnie przysmażanego, by na końcu urządzić go na głębokim oleju i schrupać, schrupać z tym tłustym smakiem, nie pamiętać o cholesterolu. Mówili przecież – trzeba odżywiać się zdrowo, dbać o dietę, siebie, myślenie męczy.

Ale on za nic miał sobie rady inteligientów wielkowieyskych, rzygając tym, rzygając najserdeczniejszej jak tylko potrafił. Brał garść suchych jak wiór płatków, pochodnych kukurydzy, która jakkolwiek płatków (niczym kwiat) nie posiadała, tak były jej produktem finalnym z rozkoszą wbijającą się w luki pomiędzy starymi już zębami. Pal to licho, myślał zawsze, zgniją razem, jednak w mordzie, a nie w ziemi! Ząb-jedzenie, przyjaźń wieczna.

Konsumował bez apetytu, chrupiąc przy tym głośno i przyprawiając mądrych o zawroty głowy. Bo jak to tak sucho, niezdrowo, bez mięsiwka? Zamęczy się biedak, wykończy bez sił, padnie na zawał, przepracuje się inteligiencik jeden! Olaboga, co on prawi, że niezdrowe, że racji nam brak tu, tam,
w ogródeczku, w kucheneczce, a za miedzą to już nawet nie powie? Olaboga, olaboga!

Otaczała go rzeczywistość straszna, bo tak mdła i wybladła, przeżarta przez miedź i zżółkła, sucha jak wiór godny miana jego posiłku. Tak właściwie, to nawet nie był głodny – kanonada kiszek, powstała z przymusu, z tego, że wypada, bo tak się powinno, bo tak się je. Czasem efekt bólu poalkoholowego dopadającego rankiem po wieczorku wyczekiwanym przez dób sześć, tym pięknym, wspaniałym, relaksacyjnym i jakże ambitnym.

Gdzieś w pół jednej czwartej kolejnego, obfitego kęsku listka płatkowego zerwanego z nie-kwiata kukurydzianego, zatęsknił za tym rodzajem bezdennego głodu, nadającego minimum trasy. Wziął wolne, pragnął spłynąć, spłynąć jak nigdy dotąd wodospadem do krainy chmielowej, z gracją
i elegancją godną człowieka jego miary – upity jak świnia, ale świnia nad świnie. Podróż w odmęty historii trwała i trwała, a on wertował obraz za obrazem, slajd za slajdem – telefon za telefonem, wykonywane, bez odpowiedzi. Umówił się z duszą pokrewną, nie przybyła, zabrakło jej formy, albo idei. Czasem miała po prostu te lepsze od jego pustej w swej obfitości. A samemu tak spływać
w nieznane? Sprawa niebezpieczna, warta pożałowania. Został tedy mistrzem w produkcji degrengolady intelektualnej – ćwiczył ją dzień w dzień, porankiem i wieczorem, wytrwale, przez cały czas swój wolny. Chciał nawet dobrych zawieść, pracę rzucić i wejść z nią na rynek – niestety, degrengolę dopadła klęska urodzaju, obrodziło i to u każdego, że nikt kupować nic nie chciał. Pozostał przy stukaniu.

Koszula – wyprasowana. Kapelusz – jest.
Pozwolili mu wrócić na stanowisko pracy, przed biurko, do pokoju jego własnego. Nie mógł wyjść nieprzygotowany, niegodny swego stanowiska. Toć to wyżyny naukowe, spać, jeść i pracować najeleganciej trzeba, a on ciągle o tym zapomina, tuk jeden, tuk! A srać, srać to już mu nie wolno, tfu, słowo obelżywe.

Usiadł a tysiące małych światełek rozjarzyły się przed jego twarzą. Nie było to nagłe, zwykła rutyna, program wykonawczy, złożony, system w trakcie uruchamiania swojego przekaźnika obrazu, konstrukcji niezwykle delikatnej, cali dwadzieścia pięć i pół. Potem pozostało już tylko stukać, stukać w klawisze, bezmyślnie, bezmózgo, nieść dumę rodzinie. Każdy tak głośny, nieznośnie morderczy – szczyt zdobyty raz po raz, wyżłobiony milijon kolejny! Sens i cel egzystencji, dzień
w dzień pracując, redagując, sklecając, paplomanię tworząc – bez sensu, dla sztuki, bez celu! Bo sztuka dla sztuki żyje, krytyk zje, widownia przeżuje, jej i tak nikt nie posłucha!

Tak myślał i myślał, aż dopadło go uczucie niespokojne, niczym wiór siadający głęboko na żołądeczku delikatnym, trujący i szkodzący, rozrywający flaczek za flaczkiem, wymagający upustu odpowiedniego. Była to pustka wypełniona najgorszego rodzaju złem i zgnilizną, od tak wielu lat go toczącą, upychana w worze nieszczelnym, przeciekającym, aże wreszcie pękł cały, w proch i pył zmielony, brudny, niedelikatny, obraźliwy dla całego swego jestestwa.

Do nozdrzy, tak szczelnie zamkniętych i nieczułych, dotarł smród egzystencji. Wszystko zaczęło się od niewinnego... Zaszczuty zwierz, szukający odpowiedzi, wiedzący-nie! Docierało to do niego ukrywając się zarazem, nie był w stanie tego pojąć, całe życie przed oczami, zgnilizna, trup, przeżarte mięsiwo. Tu prostata i nowotwór, grabarz stoi tam, po lewej...

Bezsilne...

...co dalej?!