Najnowsze posty

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura. Pokaż wszystkie posty

Dwa lata później

Minęły dwa, piękne, długie lata od ostatniego okresu aktywnego publikowania tutaj treści. W międzyczasie próbowałem chwycić się kilku innych projektów, jak i zacząć budować fortunniej nazywającą się markę, jednak za każdym razem rozbijałem się o skały. A poprzez skały mam na myśli brak większych chęci, czasu i samozaparcia do wykonania tej najcięższej, początkowej fazy, przez którą każdy blog musi się przebić. Niezmiennie brakowało mi miejsca do publikowania swoich przemyśleń.
W ciągu tych dwóch lat do mojej skrzynki zdążyła napłynąć zaskakująca  liczba ofert współpracy ukierunkowanych na RÉALITÉ DE LA LEGENDE. Udowodniło mi to, że jednak nie pracowałem nad tym miejscem na marne i z czasem wszystko, nawet pozostawione samemu sobie, potrafi zaplusować. Zastanawiałem się wtedy co byłoby, gdybym jednak zdecydował się prowadzić bloga dalej, jedynie zmieniając założenia projektu. Ostatnio zaczęło mi się to wydawać wręcz atrakcyjne.

Dwa lata później, kilka głupich pomysłów dalej, parę certyfikatów do przodu i o jeden kubek kawy za mało postanowiłem, że jednak muszę wyżywać się artystycznie poza szufladą. Pisanie artykułów i tekstów na zlecenie to jednak nie to samo, co przelewanie stricte-własnej myśli na elektroniczny papier w swoim, internetowym kąciku. Poza tym chciałbym wreszcie odważyć się zrealizować swój własny podcast, który od lat chodzi mi po głowie, a takie idee wymagają bazy w postaci strony czy właśnie bloga.
Rzeczywistość-legenda znowu istnieje, choć w mniej sztywnej i sprecyzowanej formie. Oby tym razem bez przerw i dwóch usuniętych w międzyczasie blogów. Teraz wiem już coś o budowaniu marki.

Tęskniliście? Zakładanie, że ktoś w ogóle o tym pamięta jestem prawdopodobnie bardzo aroganckie, ale co tam. Wolę widzieć w tym nutę optymizmu! 
.

Od dawna zapowiadana zmiana, czyli forma, która co jakiś czas urozmaici nam tekstową nudę! W dzisiejszej "Głosówce" prawię dość chaotycznie o samym pomyśle na wykorzystanie swojego głosu, a przy okazji napominam o sprawach trapiących mnie ostatnimi dniami. Zapraszam na pięciominutowego aloga! 


Muzyka: D SMILEZ "Flying Above The Skies"
.
Miniony tydzień jest kolejnym, spokojnym etapem w historii tego bloga. Bez rewolucji, bez większych związków tematycznych - ot, kilka notatek zgadzających się tematycznie z rozpiską. Czyli dokładnie tak, jak powinno być.

W tym tygodniu nie wyróżniam żadnej notatki. 

Źródło: winopolowy.pl
Trwa lato, rozpoczynają się wakacje i grillujemy coraz więcej. "Dlaczego warto pić wino?" to poniedziałkowy tekst będący reklamą przyzwoitego internetowego sklepu winiarskiego. Łączą dobrą jakość z niskimi cenami - ich produktów nie odnajdziecie w pobliskich supermarketach, są od nich najzwyczajniej lepsze przy zachowaniu zbliżonej ceny. Dlaczego? Zapraszam do czytania notatki, przy okazji dowiecie się o zdrowotnych aspektach tego trunku. A przy okazji WinoPołowy, czyli kliknij na nazwę aby przejść do sklepu. Serdecznie polecam po raz drugi! 

Źródło: party.pl
"Parę pomysłów na wpis (tytuł bezwstydnie skradziony)" to krótka refleksja na temat własnego procesu twórczego, jego przebiegu, z jednoczesną dyskusją. Dyskusją prowadzoną z felietonem publicysty Marcina Mellera, który wypowiedział się ostatnimi czasy na ten sam temat. Biorąc pod uwagę, że notatka ta bije ostatnio rekordy popularności - może wy wyjaśnicie mi jej fenomen? 

Artysta ludowy z Idzikowic - Aleksy Matczak
"Artyści ludowi" to kolejny tekst dotyczący sztuki i kultury, który jednocześnie w tle nawiązuje do naszych własnych możliwości. Kulturę wyższą kreują nie tylko i wyłącznie twórcy salonowi, powszechnie znani i poważani. Często o wiele większy powiew świeżości potrafią wnieść Ci cichutcy i pozornie nieznani, co nie ubliża wartości jak i ogromowi ich dorobku. Wystarczy się tylko rozejrzeć. Zainteresowanych tematem odsyłam do tejże środowej notatki. 

Źródło: overmental.com
"Dlaczego warto uprawiać seks?" to zwyczajna prowokacja. Clickbaiter, chwytliwy i przyciągający oko temat, który dotknie naszych wewnętrznych żądz i sprowokuje do wgryzienia się w treść. O tym też, tak naprawdę, traktuje sam tekst - o specyfice dzisiejszego marketingu, w którym sprzedaje się głównie okładki. Nieraz utrudnia to szanse na wybicie się treści wyższej jakościowo, a traktującej potencjalnych nabywców uczciwie i nieatakującej ich nachalnie technikami psychologicznymi. Czy sam eksperyment się udał? Zgodnie z przewidywaniami niekoniecznie. Joker nie jest dobrym wyborem na grafikę-przynętę, praktycznie w ogóle nie komponuje się z przedstawionym tematem tekstu. Idę o zakład, że gdybym umieścił tam grafikę softporno to piątkowa notatka byłaby najpopularniejsza nie tylko na facebooku. 
Źródło: bookelvespublishing.com
Wszyscy jesteśmy twórcami kreującymi rzeczywistość, każdy ma swoją szansę na artystyczne wyżycie się. Fakt, talent taki jak lekkość pióra czy zwyczajny zmysł artystyczny nie są rozłożone równomiernie, aczkolwiek potrafi to uratować swoista unikatowość stylu, a czasem sam przekaz. W dobie internetu o wiele łatwiej jest dotrzeć do masy odbiorców, jak i o wiele łatwiej jest zdobyć materiały "szkoleniowe" dotyczące interesujących nas obszarów aktywności. Po raz kolejnym kluczem do sukcesu okazują się być dobre chęci w połączeniu z uporem w ich realizacji. 

Od najmłodszych lat świat stara się nas aktywizować w pewnych obszarach artystycznych, aż do końca podstawówki towarzyszą uczniom przedmioty takie jak "Sztuka" czy "Muzyka". Język, czy to ojczysty czy obcy, ma na celu rozbudzenie w nas polotu pisarskiego jak i zainteresowania literackiego. Z jednej strony mamy okazję chłonąć coś pozytywnego, a z drugiej bardzo łatwo można nas zrazić do pewnych aktywności z kategorii kreatywnych. Nauczyciele często nie zdają sobie sprawy z siły swojego wpływu na młode dusze w tej materii, są w stanie zanudzić, zamęczyć lub w irytacji nieuczciwie krytykować miast wspierać w rozwoju. Dlatego wbrew przeżyciom z lat najmłodszych warto próbować i nie poddawać się jeśli jakiś "obszar" kreatywnych działań zdaje się być dla nas pociągający. 

Wszyscy od czegoś zaczynaliśmy i nasze pierwsze prace zawsze pozostawiały wiele do życzenia. Tak naprawdę najgorszym błędem, który da się popełnić, jest popadnięcie w niepoprawny samozachwyt prowadzący do stagnacji. Lepiej doznawać porażek i reflektować się w stosunku do nich, rozwijać dalej, niż utknąć na pewnym poziomie, stanąć, zamrzeć. Rysunek, rzeźba, muzyka czy literatura - wszystkie te dziedziny wymagają od twórcy szlifu i samozaparcia. A w jaki sposób możemy wspierać takowe działanie? Publikując i wystawiając się na konstruktywną krytykę, nawet tutaj w sieci. Nie mają racji ci, którzy twierdzą, że nieudane dzieła powinniśmy chować do szuflady przed światem. Nie mają racji ci, którzy nakazują świeżym twórcom wynosić się do metaforycznych jaskiń. Ludzi tego pokroju traktuję jak wybitnych ignorantów. Warunkami powtarzanym przeze mnie niczym mantra są rozwój oraz samorefleksja. 

Świat dzieli się na ludzi upartych oraz niecierpliwych, talent gra tu jedynie rolę "lepszego startu" bądź "obfitego zakończenia". Piękno sztuki nowoczesnej jest na swój sposób dowodem na zwycięstwo nad specyficzną formą lat minionych. Teraz w grę wchodzi wizja, mówimy o unikatowym stylu, nie zaś o specyficznym, konkretnym kanonie.

Samorealizacja jest niezbędnym warunkiem pełni naszego szczęścia, nie zapominajmy o tym. 
Wielki Szu
Myślę, że każdy posiada filmy, z którymi sympatyzuje bardziej niż mniej. Sam dzielę je na specyficzne kategorie, które nie rywalizują ze sobą o miejsce w moim sercu i pamięci. Mam swoje ulubione dzieło s-f, mam swoje ulubione filmy klasy B, mam ulubione twory XXI wieku, a idąc za tym mam też ulubione polskie filmy z okresu... PRL-u! Podejrzewam, że część z was, moi drodzy czytelnicy, słyszała o niektórych z nich, a być może nawet je oglądała. Dziś skupię się właśnie na kilku dziełach z tej ostatniej grupy, temat może nie najpopularniejszy, ale za to silnie sentymentalny. 

Dlaczego wgryzałem się w kinematografię peerelowską? To część naszej kultury, a co za tym idzie i naszej historii. Niosą za sobą nieraz ładunek pozytywnych wartości, przekazów, pozwalają nam lepiej zrozumieć naszych rodziców i dziadków, a  na dodatek bywają niedoścignioną parodią ówczesnych realiów. Poza tym nie da się ukryć, że jest to kawałek kina na stosunkowo wysokim poziomie podług jego dzisiejszego stanu w naszym kraju. 

"Wielki Szu" (1982) w reżyserii Sylwestra Chęcińskiego od lat pozostaje moją ulubioną pozycją z tamtego okresu. Historia oszusta-hazardzisty, który wyrobił sobie opinię najlepszego pokerzysty w fachu, jednak w końcu "trafił na swego" i wylądował w więzieniu. Gdy odsiedział karę i chciał wrócić do swej rzeczywistości, zacząć wszystko na czysto, okazało się, że nie ma już do czego. Tutaj zaczyna się opowieść jego dalszych losów i starań, którą poznać można dopiero oglądając to dzieło. 

"Śmierć prezydenta" (1977) w reżyserii Jerzego Kawalerowicza to świetnie opowiedziana historia wyboru na prezydenta i zamordowania Gabriela Narutowicza. Podchodzę do niej z delikatnym dystansem, wkradło się do tego filmu konieczne minimum propagandy, aczkolwiek opisywane w nim wydarzenia naprawdę miały miejsce. W Polsce po odzyskaniu niepodległości wrzało, a reżyser nie szczędził sobie trudu, aby ukazać ten stan rzeczy. Najbardziej przerażający jest jednak fakt jak silne odbicie dnia dzisiejszego da się zauważyć w nastrojach naszych pradziadów jak i ich ojców, o których prawi film. 

"Popiół i diament" (1958) w reżyserii Andrzeja Wajdy jest najczystszą klasyką naszej szkoły filmowej. Wojna dobiegła końca, jednakże podziemna Armia Krajowa nie odpuszcza i postanawia walczyć z komunistami, których uznała za nowych okupantów. Film ten ukazuje rozterki młodego człowieka, duchem tak sędziwego z powodu doświadczeń wojennych, który zaczyna wątpić w sens prowadzenia dalszej walki. Widzi ilu jego przyjaciół zdążyło zginąć, wątpi sam będąc postawionym w sytuacji tragicznej. 

"Miś" (1980) w reżyserii Stanisława Barei to prawdopodobnie najlepsza komedia z tamtego okresu. Groteskowe i pełne paradoksalnych sytuacji życie prezesa klubu "Tęcza" to mistrzowskie ukazanie PRL-u w krzywym zwierciadle. Absurdalne sytuacje w barach mlecznych, sklepach czy urzędach to jedynie ukazanie polskiej codzienności w czasie, gdy przegniły już korzenie ustroju komunistycznego, a on sam zaczął chylić się ku upadkowi. 

Filmów, które mógłbym wymieniać jest bezlik. Samej twórczości Stanisława Barei z wielką chęcią poświęciłbym iście książkowy metraż jako człowiek zafascynowany nim od dziecka.  Pozwolę sobie jednak uciąć temat w tym momencie, zaintrygowany waszymi opiniami na temat tamtego okresu historycznego w polskim (i światowym, tak dla czytelników zagranicznych) kinie. Przepadacie za nim, nie znacie go, a może po prostu unikacie?

Na sam koniec linki do tych filmów, które są dostępne legalnie do obejrzenia w sieci (specyfika licencji). 


Wielki Szu

Śmierć prezydenta


Byliśmy świadkami powrotu karczemnej wrzawy na ławy sejmowe, na szczęście zdominowało to tylko jeden z dni w prasie. Jedną z głośniejszych spraw był książkowy event kulturowy, który doskonale wpisuje się w tego tygodniową tonację bloga, przy okazji odrobina medycyny i nie tylko. Zapraszam na prasówkę!

Paracetamol szkodzi

Jeśli kogoś zaskoczy fakt, że branie zbyt dużych dawek leków jest szkodliwe dla organizmu, to będę głęboko tym zmartwiony. Nie od dziś wiadomo, że regularne przyjmowanie 2,5 grama leków z paracetamolem znacznie skraca nam życie (nawet, gdy mowa tu o krótkich, acz regularnych okresach przyjmowania). Wielu ludzi zapomina, że czas działania tego środka wynosi 6 godzin, a mieszanie różnorakich leków zawierających go również może zakończyć się nieprzyjemnie. Co więc nowego? Okazuje się, że przytępia on nasze emocje i obniża poziom empatii. Innymi słowy z powodu nierozumienia emocji odczuwanych przez innych o wiele łatwiej prowokujemy kłótnie, poza tym sam w sobie ten fakt jest dość niewygodny dla naszego układu nerwowego. Wiecie, że w takim razie po paracetamolu możecie się poczuć psychopatą w ułamku o wiele znaczniejszym, niż zwykle?

Nadużywanie autorytetu

Profesor Łukasz Święcicki wywołał niemałe zamieszanie udzielając swojego autorytetu, jako psychiatra, w ramach walki politycznej. Postawił on diagnozę zbiorową zwolennikom, jak i członkom, opozycji, przyznając przy tym, że tak właściwie to nawet ich nie badał. Psychiatra, podobnie jak i psycholog, jest specjalistą skupiającym się na przypadku indywidualnym, nie zbiorowym. Ma on obowiązek leczyć i akceptować niezależnie od światopoglądu. Stawianie takiej diagnozy ogromnej grupie społecznej i narzucanie innym swojej perspektywy w ten sposób jest niemoralne. Mam nadzieję, że pan profesor pożegna się z zawodem z powodu nadużycia zaufania społecznego swej profesji.  Żeby było jasne - ma on prawo wyrażać swoje poglądy, natomiast nie ma prawa wykorzystywać on języka jak i autorytetu psychiatrii w ramach ich forsowania, tak jak w tym przypadku. 

Powieść na mieście!

Jedenastego maja w Warszawie miała miejsce najciekawsza premiera literacka, o której jak dotąd miałem okazję słyszeć. Z góry uprzedzam, że sama powieść "Cień Eunucha" autorstwa Jaume Cabrégo trafiła do druku i od 18 maja można zakupić ją w księgarniach. A na czym polega wyjątkowość jej premiery? W ramach akcji "czytam dalej" to 500-stronicowe dzieło umieszczono na plakatach, bilbordach, kubkach w kawiarniach, bibliotecznych podłogach, ścianach. Chcąc przeczytać całą powieść trzeba odbyć podróż po kilkuset miejscach w Warszawie, przyjemne połączone z pożytecznym, aktywność intelektualna z minimum aktywności fizycznej. Mam nadzieję, że ujrzymy więcej akcji tego typu, imponują mi swa oryginalnością, a przy okazji świetnie promują czytelnictwo.. Nigdzie nie zauważyłem informacji, aby możliwość odbycia tej podróży literackiej była ograniczona czasowo, tak więc - stolica zaprasza!

Karczemna b(p)ijatyka

Źródło: radiozet.pl
News bliźniaczy do zeszłotygodniowego. W sejmie wrzawa, jedni skaczą do gardeł drugim, padają wzajemne oskarżenia. Niestety dzisiejsza bolączka polega na wykorzystywaniu populizmów i ataku na instytucje międzynarodowe, zagraniczne, w ramach utrzymania rzekomo traconej suwerenności. Wiecie, zrobienie porządku z korporacjami, które drenują naszą ekonomię z ogromnych pieniędzy, faktycznie można by nazwać w ten sposób, ale atakowanie (wspierającej nas nieraz) międzypaństwowej współpracy... Ach, szkoda słów! A język używany przez wszystkie strony jest godny potępienia i przyrównania do walki karczemnych opojów. To ma być elita narodu? Takie ośmieszanie kraju powinno być karalne i dla rządu i dla opozycji, bez wyjątków. Igrzyska zamiast dbania o gospodarkę i obywateli, tylko, że chleba zaraz zabraknie (autor nawiązuje do "Chleba i igrzysk!"). 

Telewizja kontra YouTube

Stała się rzecz, której wyczekiwałem od dawna, czyli polska "topka" internetowej śmietanki została wzięta pod telewizyjną lupę. Niestety, wywołało to tylko festiwal nienawiści, który skłonił TVN do usunięcia z sieci dobrego (skądinąd) materiału ze względu na dobro specjalistów pojawiających się w materiale i ich rodzin. Pokazano brak kultury, beznamiętny festiwal nienawiści i nieświadomość "najsławniejszych" (a nie, wbrew opinii niektórych, jedną z dram. Ona nie była ani tematem ani tezą tego materiału!). Nieświadomość ich wpływu na najmłodszych widzów, którzy stanowią lwią część ich widowni. Zwyzywać kogoś publicznie i skazać na ostracyzm? Tak, to tylko żart! Śmiechu warte. Chyba bardziej zbulwersował mnie jednak fakt, że niektórzy polscy twórcy YouTube wzięli w obronę panów wulgarnych i niestosownych twierdząc, że jedynie trafili w ogromną niszczę, która zaistniała z powodu patologii rodziców. Nie, oni tę niszę kreowali, a rodzic w okresie buntu dziecka tylko uporem może dać odwrotny przykład. Poza tym liczby idą tutaj w miliony, to wręcz niestosowne rzucać tak obraźliwymi stwierdzeniami na wyrost i kwestionować uzasadnione opinie psychologów specjalizujących się w mediach tego typu. Szkoda, że z powodu kultu idola wywołało to głównie negatywną reakcję "fanów" panów zaatakowanych. Jeśli kogoś interesują szczegóły - zapraszam do działu "Kontakt", z chęcią podeślę więcej materiałów na ten temat.

Podsumowanie!

Pewien złośliwy psychiatra porozwieszał na mieście opakowania z paracetamolem, którym naćpali się bogu winni twórcy YouTube. W efekcie ruszyli oni na sejm, gdzie doszło do "Pierwszej bitwy pod wiejską", którą zakończył festiwal pędzenia samogonu. Wszyscy żyli długo i szczęśliwie, a kultura wreszcie wróciła na salony, "kurwom" w dyskusji nie było końca.


Ilustracja do powieści "Mistrz i Małgorzata"
Każdy posiada książki, które odcisnęły na nim swoje piętno. Specyficzne, a jakże piękne i apetyczne. Myślę, że w większości przypadków za nic nie pozwolilibyśmy na odebranie nam doświadczeń i przeżyć związanych z naszymi ukochanymi powieściami czy traktatami, choć mowa tu pozornie "jedynie" o literaturze. Tak naprawdę stawka toczy się o rządy dusz, o to co nas kształtuje i lepi, czyni nasze kamienne, niewzruszone ciało lepką gliną gotową do czegoś więcej aniżeli topornego rzeźbienia. Dziś będę zwracał się niezwykle osobiście i bezpośrednio, wpuszczę Was do świata dla mnie niezwykle intymnego - świata mych ukochanych ksiąg i autorów, niedoścignionych wzorców, nieskończonych inspiracji. 

Kiedy byłem młodym chłopcem uwielbiałem czytać zbiory bajek, mitów i legend. Niestety nie pamiętam z tego okresu zbyt wielu konkretów, poza informacjami względnie przydatnymi w kontekście kultury greckiej czy kilkoma anegdotkami, jednakże skutecznie rozbudziło to mój apetyt. Do tego stopnia, że w okolicach trzeciej klasy szkoły podstawowej sięgnąłem po książkę J.R.R. Tolkiena zatytułowaną "Hobbit, czyli tam i z powrotem". Wkroczyłem do świata fantastyki, aby pozostać w nim na długie lada. Następnie przyszedł czas na trylogię "Władca Pierścieni", "Dzieci Hurina" a wszystko to domknąłem "Silmarillionem". Oczywiście nie na tym kończyły się moje zainteresowania literackie w tamtym okresie, po prostu nic innego nie zapadło mi w pamięć aż tak mocno ani nie miało na mnie aż tak silnego wpływu. Tolkien był perfekcjonistą, który pracował nad każdym szczegółem kreowanego przez siebie świata. Stworzone przez niego conlangi* do dziś uchodzą za genialne, a zasługi tego językoznawcy pozostają niezapomniane i w tej materii. Prawdopodobnie jest on też twórcą mojej największej wady - wybredności. Nigdy nie odrzucam rozpoczętych książek na bok, jednakże każdy błąd, niedopracowanie, całościowe dziury w świecie/fabule rzucają mi się w oczy i bolą niezwykle. Między innymi dlatego nie miałem serca do serii o "Harrym Potterze", gdy postanowiłem się do niego zabrać w okolicach tamtych lat. 

Przyszedł czas szóstej klasy szkoły podstawowej, a razem z nim pojawił się w moim życiu dorobek Andrzeja Sapkowskiego. Saga wiedźmińska to ciekawy koncept wykorzystujący kulturę słowiańską, niestety niedopracowany, bez odpowiedniego szlifu i, moim zdaniem, trochę zmarnowany patrząc na potencjał. Trylogia husycka została napisana o niebo lepiej pod kątem stylizacji, wciąż jednak pozostawiając sporo do życzenia. Nie odmówię jednak Sapkowskiemu faktu wprowadzenia mnie w klimaty tak zwanego "dark fantasy", które do dziś pozostaje moim ukochanym podgatunkiem. Mroczny, brutalny świat bez podziału na dobro i zło. Świat, w którym jesteś w stanie ujrzeć odbicie codzienności, świat, w którym człowiek zdaje się być gorszy od potwora. A teraz zadajcie sobie pytanie na temat mojej ulubionej powieści i uwzględnijcie odpowiedź na nie w komentarzu.




Już w gimnazjum poznałem kunszt Jacka Dukaja. Ostatnimi czasy spotkałem się z zabawną opinią, jakoby w księgarniach powinna pojawić się plakietka "Ostatni, polski i wciąż żyjący powieściopisarz" a pod nią same książki Jacka Dukaja. Zgadzam się z tym, oczywiście z pewną dozą humoru, bo nie mam zamiaru krzywdzić w ten sposób chociażby Jacka Dehnela. Dukaj był miłością od pierwszego wejrzenia - genialna stylizacja godna arcymistrza, niebanalny język jak i idee, schemat "bohatera dukajowskiego" - zagubionego w świecie inteligenta. Mowa tu o człowieku, który pisząc "Perfekcyjną Niedoskonałość" zagłębił się w arkana fizyki, wykonywał specjalistyczne obliczenia i korzystał ze wszystkich dostępnych nam prognoz na temat rozwoju cywilizacji ludzkiej. Niestety przerwał pisanie tej trylogii w oczekiwaniu na wyklarowanie się kilku teorii w świecie fizyki. Jak tu nie kochać tego diabła, który dba o każdy szczegół? Większość jego książek to małe arcydzieła, które w pełni zaspokajają wymagania mojego gustu, do których uwielbiam wracać, nad którymi zachwycę się jeszcze nieraz. 


Zadane przeze mnie wcześniej pytanie nie należało, wbrew pozorom, do ciężkich ani ambitnych. Sześć lat temu zakochałem się w powieści Michaiła Bułhakowa, w "Mistrzu i Małgorzacie". Motyw powieści w powieści, stalinowska rzeczywistość w krzywym zwierciadle, znikające persony, piękna miłość z powodu "najbrzydszych kwiatów na świecie", bal czarownic i organizujący go w Moskwie diabeł wraz ze swą świtą. Diabeł, który wydaje się postacią pozytywną, a wręcz sympatyczną w porównaniu mieszkańców stolicy ówczesnego Związku Radzieckiego. Nie bez powodu autor wylądował na cenzurowanym, a piękno jego arcydzieła odkryto dopiero po dziesiątkach lat. Przynajmniej raz w roku powracam do "Mistrza i Małgorzaty" i zawsze odkrywam wtedy coś nowego, coś nad czym warto się pochylić, dostrzegam kolejny fragment głębi niesionej przez tekst, a poza tym najzwyczajniej delektuję się jej pięknem. Bo jest to jedna z najpiękniejszych powieści, które miałem okazję w życiu czytać. O dziwo dzielę ten zachwyt z ogromną częścią rodaków, co jest kolejnym atutem tego dzieła. Jest w stanie trafić praktycznie do każdego. 

Czy taki diabeł straszny?

Wbrew pozorom nie czytuję samych dzieł ciężkich i ambitnych. Z grzeczności pominąłem traktaty ekonomiczne, które ostatnimi laty piętrzą się na moich półkach, jednakowo odpuściłem całym górom literatury historycznej, choć nieustannie ją pochłaniam. Czasem, tak jak każdy, sięgam po coś lekkiego, mało ambitnego, w ramach relaksu. Pobudzam wyobraźnię, jednakże nie jestem zmuszony do intensywnego myślenia. Czysta przyjemność. Na samym końcu notatki umieszczę galerię książek, które moim zdaniem warto przeczytać czy to dla rozwoju czy dla chęci odetchnięcia od rzeczywistości. A kończąc dodam jeszcze, że aktualnie poczytuję powieści s-f z uniwersum Honorverse, które tworzy David Webber. Całkiem dopracowane w kwestiach militarnych, poza tym dość lekkie i poczytne, dlatego wybaczam autorowi resztę popełnianych przez niego grzechów. 

Funfact - wszelakie zdjęcia książek w tej notatce przedstawiają posiadane przeze mnie wydania. 












*conlang - sztuczny, lecz w pełni funkcjonalny język, jego artystyczną wersją jest chociażby język tolkienowskich elfów, który można w pełni opanować.
Źródło: puketeschoollibrary.com
Tematyka moim zdaniem niewygodna i perfidna, czyli spadające na łeb na szyję czytelnictwo w naszym kraju. Co wywołuje taką tendencję? Czy tyczy się to również blogosfery i prasy? A może to po prostu smutna era upadających bibliotek i chowanych po kątach ebooków? Na usta ciśnie mi się masa odpowiedzi zbyt optymistycznych, sprzecznych z rzeczywistością, dlatego nie przedłużajmy. Czas rozpocząć rozważania, czas poszukać odpowiedzi.



Liczby mówią za siebie

Wedle najnowszych badań przeprowadzonych przez Bibliotekę Narodową zaledwie 37% Polaków przeczytało w 2015 roku przynajmniej jedną książkę. Jest to przerażająca wiadomość, która skrywa za sobą informację o 20 milionach naszych rodaków, którzy nie tknęli w ubiegłym roku ani jednego dzieła literackiego. Co gorsza silnie koreluje to z kwestią chociażby prasy - ktoś, kto nie czyta książek nie sięga również po publicystykę tego typu. 

Jak wypadamy na tle Europy? Najzwyczajniej w świecie kiepsko. W państwach Europy Zachodniej próg czytelnictwa regularnie przekracza 50%, a w przypadku jednego z naszych sąsiadów, Czech, normą jest nawet próg 80%. Imponujące, nieprawdaż? Być może zamiłowanie literackie również wspiera słynny, narodowy dystans Czechów do świata oraz idący za nim czeski humor.  

Aż 18% populacji naszego kraju przyznaje, że nigdy nie sięgnęło po ani jedną książkę. Z jednej strony traktuję to jako wynik zatrważający, choć z drugiej strony "pocieszający" względem statystyki dotyczącej czytelnictwa corocznego. Co jednak z resztą? Ponad 50% ankietowanych przyznaje, że książki budziły ich zainteresowanie jedynie w trakcie edukacji, choć zainteresowanie może być tutaj złym słowem. Sięgali po nie z konieczności, tylko po to, aby następnie odrzucić je do lamusa, nieraz uznając literaturę za "stratę czasu". 

Skąd jednak cały ten problem?

Z samych badań nasuwa się jeden wniosek - zazwyczaj to czytelnicy wychowują czytelników. Nie bez znaczenia pozostają również wzorce ukazywane nam przez media i kulturę masową. Przez Polskę w ostatnich wiekach przetoczyła się niejedna zawierucha, nie oszczędzając przy tym księgozbiorów, wśród wielu rodzin wykorzeniając w ten sposób nawyk czytelnictwa. Domowe biblioteczki przekazywane z dziada pradziada przepadły, a obraz "dziadka z księgozbiorem" zniknął z mentalności społecznej. Została po nim tylko biała plama.

Doświadczenie PRL-u również zrobiło swoje, często oferując marnej jakości "literaturę piękną", która nasączona socrealizmem i propagandą dla wielu stała się po prostu odrzucająca. Pokolenia czytelników wymierają i ustępują miejsca tym, wśród których ich ziarno nie obrodziło aż tak licznie. Na ironię mamy o wiele większe możliwości w tej materii (łatwiejszy dostęp do książek) aniżeli nasi przodkowie, którzy z reguły z przyjemnością zanurzali się w lekturze. 

Pochylmy się jeszcze nad nieszczęsnym zjawiskiem zwanym "mass media" i zadajmy sobie kilka pytań na jego temat. Jacy bohaterowie serialów czytają książki? Jak często ten motyw przeplata się w kinematografii czy w radiu? Czy widać, chociażby ukrytą, reklamę nawyków literackich w dziełach masowych? Na to odpowiedzcie sobie już sam. 

Miłość do książek zaszczepiła we mnie rodzina - zaczynając od mamy,  a na kuzynostwie kończąc. Myślę, że nieustannie rosnące zbiory literatury pięknej (i nie tylko) w naszych domach to powód do dumy. Mowa tu o czymś więcej niż o dziełach świeżo wydrukowanych i sprowadzonych z księgarni, oszczędzając da się wyłowić prawdziwe perełki również w antykwariatach. Chyba, że to tylko moje szczęście do świetnie wyposażonych łódzkich placówek tego typu, a w taką wersję po prostu nie uwierzę. 

W mojej wyobraźni jeden z kluczowych motywów stanowi ogromna biblioteka z wielometrowymi regałami pnącymi się w górę i ginącymi w ciemności. Panuje w niej półmrok, a ciszę przerywa jedynie szelest papieru do spółki z cichym potrzaskiwaniem żarówek. W powietrzu unosi się zapach starych, wiekowych ksiąg, a cała wiedza jest na wyciągnięcie ręki. Pozostaje ją tylko złapać i przyswoić... 


Czasem każdy z nas sięgnie po jakąś niszową produkcję, nieświadomy tego co może go w efekcie spotkać. Czy to przeszukując odmęty internetu, dokonując przypadkowego zakupu, a czasem nawet trafiając na takową w telewizji publicznej. Z pozoru ani to ładne, ani logiczne, ani ciekawe... Właśnie, z pozoru.

Dlaczego więc oglądamy produkcje kina klasy B? Prawdopodobnie powinienem tu postawić o kilka pytań więcej, jednakże przytaczanie całej historii branży nie jest moim celem. 

W zamierzchłych czasach, gdy film był stosunkowo młodą formą, istniały konkretne standardy w kwestii jego tematyki. Szczególnie w Hollywood cenzura pracowała pilnie, aby poza nie nie wykraczać - miało być ze smakiem, odpowiednią dozą akcji, bez krytyki wydarzeń politycznych, a co najważniejsze bez komunistów. Co warto jeszcze uwzględnić - była to era wielkich studiów filmowych, które "brały w posiadanie" sieci kin narzucając im przy sprzedaży swoją wizję dystrybucji, czyli tak zwane "block booking". Wyglądało to mniej więcej w ten sposób, że kino wyświetlało blok filmowy miast pojedynczego filmu. Przykładowo taki seans mógł składać się z: zapowiedzi nowości, krótkiej animacji, komedii, filmu klasy B, filmu klasy A. Fani nocy filmowych powinni sobie teraz wyobrazić, że idąc do kina udają się na zbliżone czasowo wydarzenie, w ten sposób będą w stanie częściowo wczuć się w ówczesne realia. 

Jednakże co z tą przeklętą cenzurą? Objęto nią tylko i wyłącznie filmy klasy A, gdy B miały pozostawione w miarę swobodne pole do manewru i mimo, że traktowane jako "zapchajdziury" oraz wsparcie dla kulejącego czasem budżetu, potrafiły stać się głównym powodem wędrówki do kina w tamtych czasach. Niskobudżetowe, kontrowersyjne, nieraz krwawe i obrzydliwe, najbardziej absurdalne, a przy okazji potrafiące ukazać rzeczywistość w krzywym zwierciadle. To tutaj narodził się gatunek taki jak horror, science-fiction czy fantasy, to tu można dopatrywać się korzeni filmu gangsterskiego. 

Co pozostało nam dziś z tego wszystkiego? Myślę, że definicja zmieniła się odrobinę na przestrzeni czasu, choć pozostaje podobna. Współczesny film klasy B charakteryzuje się z reguły (choć nie zawsze) cechami takimi jak:
- niski budżet
- kicz i tandeta
- czarny humor
- brutalność
- brak znanych gwiazd
- debiut reżyserski

Są to, jak już powiedziałem, jedynie ogólne wyznaczniki. Na produkcje tego typu raczej nie traficie wśród premier kinowych (choć patrząc na jakoś niektórych "dzieł" mam zacząć ochotę kłócić się z tą tezą), szczególnie w Polsce. Mam wrażenie, że jest to u nas rodzaj pustej przestrzeni, niezapełniona przez nikogo nisza z powodu swej nieopłacalności względem kina "tradycyjnego". 

Do dziś produkcje te potrafią być perełkami, pomijając ich wartość jako "odmóżdżaczy", często równie krytycznie spoglądają na rzeczywistość co w swej dawnej roli. Odrobina zdystansowania się od poprawności, kilka soczystych uwag na temat współczesnego filmu, a poza tym świeża, niekomercyjna myśl. Nie będę ukrywał, trzeba lubić ich specyfikę, inaczej seans zamieni się w zwyczajną katorgę. Jednakże ile możemy tkwić w świecie komputerowych efektów? Za tę część, właśnie za kicz i tandetę, uwielbiam produkcje tego typu. Z resztą charakteryzacja potrafi nieraz stać na naprawdę wysokim poziomie. Ot, odrobina nostalgii względem kina tradycyjnego. 

Jeśli ktoś nie zauważył to tak, opisywałem kino amerykańskie jako, że to miejsce narodzin produkcji klasy B.

A jakie są wasze przemyślenia na ten temat? Kochacie czy nienawidzicie produkcje kina klasy B, a może jeszcze nie zdążyliście go odkryć?

Jeśli temat samej historii kina w Hollywood kogoś zainteresował - odsyłam poniżej.