Wszystko
zaczęło się od prostego pytania – co dalej?
Dzień
w dzień wstawał, zbudzony przez półmrok i szczyptę ironicznego
zmęczenia. Maszerując po tym tam, gdzie zwykle, czyli zaglądając
do lodówki w celu uciszenia kanonady kiszek.
Miał
dość mięsiwa, gorszyło go i przyprawiało o mdłości, gdy
dookoła jedynie polędwiczka albo salcesonik przekładany wymysłem
najnowszym zdrowotnego pieczystego miast pieczywa tradycyjnego, a do
tego może jajeczka, też z dodatkiem boczku przypiekanego a
następnie przysmażanego, by na końcu urządzić go na głębokim
oleju i schrupać, schrupać z tym tłustym smakiem, nie pamiętać o
cholesterolu. Mówili przecież – trzeba odżywiać się zdrowo,
dbać o dietę, siebie, myślenie męczy.
Ale
on za nic miał sobie rady inteligientów wielkowieyskych, rzygając
tym, rzygając najserdeczniejszej jak tylko potrafił. Brał garść
suchych jak wiór płatków, pochodnych kukurydzy, która jakkolwiek
płatków (niczym kwiat) nie posiadała, tak były jej produktem
finalnym z rozkoszą wbijającą się w luki pomiędzy starymi już
zębami. Pal to licho, myślał zawsze, zgniją razem, jednak w
mordzie, a nie w ziemi! Ząb-jedzenie, przyjaźń wieczna.
Konsumował
bez apetytu, chrupiąc przy tym głośno i przyprawiając mądrych o
zawroty głowy. Bo jak to tak sucho, niezdrowo, bez mięsiwka?
Zamęczy się biedak, wykończy bez sił, padnie na zawał,
przepracuje się inteligiencik jeden! Olaboga, co on prawi, że
niezdrowe, że racji nam brak tu, tam,
w ogródeczku, w kucheneczce,
a za miedzą to już nawet nie powie? Olaboga, olaboga!
Otaczała
go rzeczywistość straszna, bo tak mdła i wybladła, przeżarta
przez miedź i zżółkła, sucha jak wiór godny miana jego posiłku.
Tak właściwie, to nawet nie był głodny – kanonada kiszek,
powstała z przymusu, z tego, że wypada, bo tak się powinno, bo tak
się je. Czasem efekt bólu poalkoholowego dopadającego rankiem po
wieczorku wyczekiwanym przez dób sześć, tym pięknym, wspaniałym,
relaksacyjnym i jakże ambitnym.
Gdzieś
w pół jednej czwartej kolejnego, obfitego kęsku listka płatkowego
zerwanego z nie-kwiata kukurydzianego, zatęsknił za tym rodzajem
bezdennego głodu, nadającego minimum trasy. Wziął wolne, pragnął
spłynąć, spłynąć jak nigdy dotąd wodospadem do krainy
chmielowej, z gracją
i elegancją godną człowieka jego miary –
upity jak świnia, ale świnia nad świnie. Podróż w odmęty
historii trwała i trwała, a on wertował obraz za obrazem, slajd za
slajdem – telefon za telefonem, wykonywane, bez odpowiedzi. Umówił
się z duszą pokrewną, nie przybyła, zabrakło jej formy, albo
idei. Czasem miała po prostu te lepsze od jego pustej w swej
obfitości. A samemu tak spływać
w nieznane? Sprawa niebezpieczna,
warta pożałowania. Został tedy mistrzem w produkcji degrengolady
intelektualnej – ćwiczył ją dzień w dzień, porankiem i
wieczorem, wytrwale, przez cały czas swój wolny. Chciał nawet
dobrych zawieść, pracę rzucić i wejść z nią na rynek –
niestety, degrengolę dopadła klęska urodzaju, obrodziło i to u
każdego, że nikt kupować nic nie chciał. Pozostał przy stukaniu.
Koszula
– wyprasowana. Kapelusz – jest.
Pozwolili
mu wrócić na stanowisko pracy, przed biurko, do pokoju jego
własnego. Nie mógł wyjść nieprzygotowany, niegodny swego
stanowiska. Toć to wyżyny naukowe, spać, jeść i pracować
najeleganciej trzeba, a on ciągle o tym zapomina, tuk jeden, tuk! A
srać, srać to już mu nie wolno, tfu, słowo obelżywe.
Usiadł
a tysiące małych światełek rozjarzyły się przed jego twarzą.
Nie było to nagłe, zwykła rutyna, program wykonawczy, złożony,
system w trakcie uruchamiania swojego przekaźnika obrazu,
konstrukcji niezwykle delikatnej, cali dwadzieścia pięć i pół.
Potem pozostało już tylko stukać, stukać w klawisze, bezmyślnie,
bezmózgo, nieść dumę rodzinie. Każdy tak głośny, nieznośnie
morderczy – szczyt zdobyty raz po raz, wyżłobiony milijon
kolejny! Sens i cel egzystencji, dzień
w dzień pracując,
redagując, sklecając, paplomanię tworząc – bez sensu, dla
sztuki, bez celu! Bo sztuka dla sztuki żyje, krytyk zje, widownia
przeżuje, jej i tak nikt nie posłucha!
Tak
myślał i myślał, aż dopadło go uczucie niespokojne, niczym wiór
siadający głęboko na żołądeczku delikatnym, trujący i
szkodzący, rozrywający flaczek za flaczkiem, wymagający upustu
odpowiedniego. Była to pustka wypełniona najgorszego rodzaju złem
i zgnilizną, od tak wielu lat go toczącą, upychana w worze
nieszczelnym, przeciekającym, aże wreszcie pękł cały, w proch i
pył zmielony, brudny, niedelikatny, obraźliwy dla całego swego
jestestwa.
Do
nozdrzy, tak szczelnie zamkniętych i nieczułych, dotarł smród
egzystencji. Wszystko zaczęło się od niewinnego... Zaszczuty
zwierz, szukający odpowiedzi, wiedzący-nie! Docierało to do niego
ukrywając się zarazem, nie był w stanie tego pojąć, całe życie
przed oczami, zgnilizna, trup, przeżarte mięsiwo. Tu prostata i
nowotwór, grabarz stoi tam, po lewej...
Bezsilne...
...co
dalej?!